piątek, 28 lutego 2014

Nasza miłość....

Udało się. Maleńka zasnęła, więc mama może usiąść z kubkiem gorącej herbaty i naskrobać kilka zdań. Tak jak obiecałam podejmę się napisania o naszej pięknej, choć trudnej miłości... 
Od razu mówię to będzie dłuugi post, ponieważ nie da się tego opowiedzieć w kilku zdaniach. Jeśli ktoś przeczyta to w całości - to będę pod wrażeniem :) 

Od czego by tu zacząć... Najlepiej było by od początku.... hehe :) 

2006 r.
W tym właśnie roku odbyło się wesele mojej kuzynki. Byłam wtedy jeszcze straszną gówniarą - miałam 13 lat czyli chodziłam do gimnazjum. Na oczepinach złapałam welon,  bo oczywiście od zawsze wiedziałam gdzie się zakręcić :) Muchę złapał pewien blondynek - bardzo słodki i przystojny ( ale nie był to Tomek ). Całe wesele tańczyłam, bo tańczyć uwielbiam. Śmiałam się, szalałam... Wiadomo jak to dzieciak na weselu :) 
Na drugi dzień odbyły się poprawiny. Pojechaliśmy razem z rodzicami, ale że uważałam się za "dorosłą", to nie chciałam z nimi siedzieć przy stoliku, więc usiadłam z kuzynostwem. I to właśnie wtedy poznałam Tomka.
Skąd on się tam wziął ? A no właśnie to skomplikowane, więc tłumaczyć pokrewieństwa nie będę. Zaznaczę tylko, że to siódma woda po kisielu- jak to się mówi i brak więzów krwi :)
Siedzieliśmy na przeciwko siebie, śmialiśmy się, gadaliśmy, żartowaliśmy... Potańczyliśmy kilka razy... Ale najbardziej niezapomniany był dla mnie moment, kiedy staliśmy na balkonie, a mi zrobiło się tak strasznie zimno... Powiedziałam wtedy o tym Tomkowi, a on bez zastanowienia dał mi swoją marynarkę... 
Wspominając to  - mam ciarki na plecach i jakieś dziwne motylki w brzuchu :) 

Było już dość późno... albo raczej dość wcześnie - więc rodzice oznajmili, że zbieramy się do domu. Rany uwierzcie mi jak ja wtedy chciałam tam jeszcze zostać... Nawet sobie tego nie wyobrażacie.... 

Musieliśmy się pożegnać... i wiedziałam, że już więcej się nie zobaczymy...

Nie powiedziałam Wam o najważniejszym... O czymś co na pewno zaważyło o tym, że kontakt urwał się nam... Mianowicie Tomek miał wtedy 24 lata. Dokładnie tak.... Wyobraźcie sobie co by to było, gdyby trzynastolatka spotykała się z dwudziestoczteroletnim facetem.... No masakra co nie ? :) 

A i co jeszcze !? Nawet nie wymieniliśmy się numerami telefonów... 

Wracając do domu nie mogłam przestać o Nim myśleć... To było niesamowite jak taka gówniara może się tak łatwo zauroczyć...  Postawiłam sobie wtedy za cal nadrzędny, że zdobędę do niego jakiś kontakt  ( tak wiem - kobieta nie powinna tego robić jako pierwsza, ale wybaczcie - byłam młoda i głupia ) i wyobraźcie sobie, że zdobyłam do niego numer komunikatora gadu-gadu. Pisałam raz i drugi ale niestety nie dostałam żadnego odzewu. Oj smutno mi było niesamowicie... Stwierdziłam - no dobra miał do tego prawo, przecież ja jestem tylko głupią gówniarą. Pamiętam, że przez długi czas wpatrywałam się w zdjęcie, które pozostało mi z tego wesela... 

Później dowiedziałam się, że mój wymarzony wyjechał do Irlandii.... 


To jedyne nasze zdjęcie z tamtego wesela. Tomek ma nawet zamknięte oczy :)


Czas mijał, a głupiutka i młodziutka Martynka powoli zapominała o "mężczyźnie z dalekich stron"...

Ja przeżyłam później prawdziwy okres buntu - uważam, że gimnazjum to najgorsze dziadostwo jakie ktokolwiek, kiedykolwiek wymyślił... Rany teraz po latach wiem, że tak naprawdę nie innym, ale sobie robiłam na złość. Wagarowałam, kłamałam, paliłam nawet papierosy... Próbowałam alkoholu, testowałam wytrzymałość moich rodziców.. Kłóciłam się z mamą... a nawet powiem więcej - my się o mały włos nie pozabijałyśmy... Maksymalny bunt  - wszystko jest złe, szkoła zła, nauczyciele źli, rodzice źli. Wszystko złe !  ( Rany jak dobrze, że kontakt z Tomkiem urwał się... Nie chciałabym, żeby mnie wtedy znał...) 

2009 r. 
Gimnazjum skończyło się. Uf co za ulga.... :) 
Moje życie odwróciło się o 180 stopni.. Zdałam egzaminy gimnazjalne i dostałam się do prywatnego KATOLICKIEGO liceum. Uspokoiłam się, znormalniałam.... Dalej darłam koty z mamą, ale już nie w takim znacznym stopniu jak wcześniej.... 

9 październik 2009 r. 

W tym dniu odbyło się wesele mojej drugiej kuzynki. Zaszczyt mnie dopadł i dostałam zaszczytną funkcję druhny. 


Ah wiem - wyglądałam czarująco :)) haha żartuję :) 
Dobra wracając do tematu... 
Na panieńskim mojej kuzynki dowiedziałam się, że druga kuzynka zaprosiła TOMKA jako swoją osobę towarzyszącą !! I będą razem na weselu !! 
Ej wyobraźcie sobie, że wtedy to po mnie spłynęło. Miałam chłopaka ( aczkolwiek nie zabrałam go ze sobą na wesele, ponieważ wyjechał na wakacje ) i chyba już wtedy nie pamiętałam tamtego zauroczenia... 

W dniu wesela miałam niesamowicie dużo zadań do wykonania. Między innymi przypinałam kotyliony wszystkim panom pod domem pani młodej. Chodziłam więc miedzy osobnikami płci przeciwnej aż w końcu dotarłam do kuzynki i mojej dawnej miłości :) Podeszłam i mówię : 
- Cześć Tomek. - pięknie się wtedy do niego uśmiechając. 
- Czeeeść - odpowiedział bardzo niepewnie....
Dalszej części rozmowy nie pamiętam ( to od tego natłoku obowiązków ). 

Po błogosławieństwie okazało się, że ani ja, ani druga druhna nie mamy zorganizowanego transportu do kościoła. Odruchowo więc podeszłam do Tomka i pytam :
- Tooomek, a powiedz mi jesteś samochodem ?
- Tak, a o co chodzi ?
- A masz dwa wolne miejsca..... ?
- Pewnie :) 

No i takim oto sposobem załatwiłam nam transport. Co więcej - wtedy robiłam to bez żadnych podtekstów. Na niczym mi nie zależało - tylko na tym, aby dotrzeć jakoś do kościoła. 

Msza jak to msza. Potem droga na salę ( również z Tomkiem). 
Na sali podczas składania życzeń stałam obok pani młodej i odbierałam wszystkie kwiaty, prezenty i koperty. Kolejka była baaardzo długa, a na jej końcu stał Tomek, który bez przerwy patrzył w moją stronę i uśmiechał się tajemniczo.  Ja uśmiech odwzajemniałam, ponieważ taka moja natura... 
Kiedy w końcu życzenia zakończyły się - Tomek podszedł do mnie i zaczął opowiadać :

- Wiesz, po tym Twoim dzisiejszym powitaniu - zupełnie nie wiedziałem kim jesteś... Zapytałem więc Aśkę - skąd ja Cię znam... ? A ona odpowiedziała - no nie wiesz ? Z wesela Baśki... 
- No wiesz co ? Nie pamiętałeś mnie ? 
- Strasznie się zmieniłaś... 
- E tam wcale nie tak bardzo... 
- Ale wiesz co jest w tym wszystkim najlepsze ? Zupełnie nie mogłem sobie przypomnieć Twojego imienia...  ( w tym momencie załamałam się strasznie - kurcze moja wielka miłość nawet nie zapamiętała mojego imienia.... ) Ale w kościele, wracając z komunii spojrzałem na Ciebie i olśniło mnie - MARTYNKA ! :) 

Postanowiliśmy wtedy, że musimy sobie zatańczyć jak za dawnych lat. Później powędrowaliśmy do swoich stolików na obiadek. Tak się trafiło, że z mojego stolika miałam świetny widok na "moją dawną miłość" - mogłam go bezkarnie podglądać, obserwować itp. 
Po obiadku - jak to zwykle bywa - odbył się pierwszy taniec Państwa Młodych, a później zaproszono do zabawy pozostałych gości. Tak się stało, że osoba towarzysząca Tomka - musiała wyjść. Tomek zatem zaproponował mi, żebyśmy zatańczyli. 

-Ale wiesz... ja nie potrafię tańczyć.... 
-Na pewno sobie poradzisz... 

I wyobraźcie sobie, że przetańczyliśmy większą część wesela. Z moją kuzynką Tomek zatańczył tylko kilka razy. Muszę zaznaczyć, że nie byli parą. Co prawda ona zawsze chciała, ale On nie bardzo :) Wiem, że była na mnie zła - no, bo która by nie była... ? Miała takie prawo... Ale nas tak strasznie do siebie ciągnęło... 





A wiecie co było najciekawsze ?! Zabawa w chusteczkę :) Typowa wiejska zabawa weselna - wiem - ale dzięki niej zrobiło się tak miło :) 
Pierwszy raz, gdy chusteczka przywędrowała do mnie - nie poszłam do Tomka, bo nie chciałam robić jakiś podtekstów i chciałam troszkę Go przetrzymać :) Ale jak chusteczka przywędrowała od mnie po raz drugi to stwierdziłam - A co tam, raz się żyje :) 
I położyłam chusteczkę przed moją "dawną miłością". 
Pocałowaliśmy się w policzek raz. Potem w drugi. I jeszcze raz. I mieliśmy już wstawać, ale oboje przysunęliśmy się do siebie i daliśmy sobie małego delikatnego całuska.... 
Oj musiałam się zarumienić strasznie.... :) 

Tej nocy zrobiłam coś jeszcze... Dotarło do mnie, że ja nic nie czuje do mojego obecnego chłopaka i wyobraźcie sobie - zadzwoniłam do niego i powiedziałam mu o tym. I tak zakończył się mój związek... Byłam więc wolna i nie miałam przeciwwskazań do flirtowania... Bo wcześniej czułam się nieco nie w porządku wobec niego...

Rankiem nie mogliśmy się rozstać, wiedzieliśmy jednak, że spotkamy się jeszcze na poprawinach :) 

Na poprawinach początkowo trzymaliśmy dystans. On chyba większy. W pewnym momencie bałam się nawet, że żałuje tego co działo się dnia poprzedniego.... Ale myliłam się... Potrzebowaliśmy chwilkę, aby znów do siebie zagadać i zatańczyć raz, drugi, piąty, dwudziesty.... 






Czas jednak mijał nieubłagalnie i poprawiny zbliżały się do końca... Uwierzcie mi - byłam przerażona tym faktem. Tak strasznie bałam się kolejnego rozstania. Mając 16 lat - wiedziałam, że uczucie sprzed lat odżyło... Tym razem ani ja, ani Tomek nie pozwoliliśmy sobie na to, aby nie wymienić się numerem telefonu. Na pożegnanie przytulił mnie mocno i dał buziaka w policzek...
Musiał niestety jechać wcześniej niż ja, bo przed nim daleka droga w góry, a rano musiał iść do pracy... 
Minęło może z 20 minut od kiedy pojechał, a ja już tak strasznie za nim tęskniłam... Brzmi banalnie prawda ? 
Niestety nie pamiętam kto pierwszy wysłał smska, ale wiem, że w którymś z kolei napisałam mu, że to wszystko co wydarzyło się przez te dwa dni miało dla mnie ogromne znaczenie i mam nadzieję, że nie potraktuje mnie jak gówniarę i tym razem utrzyma ze mną kontakt...

Wyobraźcie sobie, że przez calutki tydzień pisaliśmy do siebie bez przerwy. To smsy, to telefony, to gadu-gadu, to skype... Wydawało nam się, że znamy się już od wielu wielu lat. Mogliśmy godzinami rozmawiać i nie brakowało nam tematów. Tydzień później przyjechał do mnie ! A wiecie jaki był tego powód ? Zamarzyło mi się góralskich korbocy i oscypka. I przywiózł go specjalnie dla mnie....

Tydzień później znów przyjechał... I tutaj pretekstem było obejrzenie filmu z wesela.... Oglądaliśmy go sobie u mnie w pokoju, a był już wieczór więc było dość ciemno...  Na filmie leciała akurat jakaś romantyczna nutka ( zupełnie nie pamiętam co to było ) i na sali ktoś zgasił światło...Więc i w pokoju zrobiło się tak nastrojowo - wtedy to Tomek pocałował mnie po raz pierwszy... 

I od tamtej pory jeździł już co tydzień ! Co tydzień pokonywał 130 km w jedną stronę, po to, aby mnie zobaczyć, albo żeby zabrać mnie do siebie. Czasami było tak, ze w ciągu jednego weekendu zrobił 4 x 130 km, ponieważ jechał po mnie, zabierał mnie w góry, potem odwoził mnie i wracał się do siebie... 

Jak na nasz związek reagowali najbliżsi ? Różnie. Moi rodzice początkowo byli zaniepokojeni różnicą wieku, ale szybko zrozumieli, że Tomek to odpowiedzialny i dojrzały facet, który nie da mi zrobić krzywdy. Gorzej było z moimi znajomymi ze szkoły... Nie mogli zaakceptować faktu iż związałam się ze starszym od siebie o 11 lat gościem, ale to wszystko zmieniło się, w chwili gdy go poznali. Miało to miejsce na jakiejś klasowej imprezie. Od razu zmienili zdanie na jego temat :) 

Rodzice Tomka to podzielona kwestia. Jego ojciec - od razu mnie polubił. Nadał mi nawet ksywkę - MANDARYNKA ( a to wszystko dlatego, że ile razy Tomek zabierał mnie do siebie, to zjadałam teściowi wszystkie mandarynki i potem już tylko kupował je specjalnie dla mnie ). Z jego mamą było gorzej, ale wybaczcie to nie nadaje się do publikacji (dodam tylko, że sytuacja w miarę unormowała się dopiero po ślubie). 

Nasz związek był bardzo burzliwy. Oboje mamy twarde charaktery. Tomek - góral z krwi i kości, a i ja mam mamę góralkę więc przeszło mi co nieco w genach tej charyzmy... Kłóciliśmy się ale i szybko godziliśmy. Mieliśmy i takie spięcia, po których wydawało się, że się rozejdziemy - ale walczyliśmy o nas. Zależało nam na tym, co tak dzielnie budowaliśmy każdego dnia... A przeciwności było niemało. 

2011r. 

Na mojej 18-nastce wszyscy zakładali się czy Tomek oświadczy mi się czy się nie oświadczy... I ja powiem szczerze, że też na to liczyłam... Niestety pech chciał, że kilka dni przed nią pokłóciliśmy się dość ostro.... I potem okazało się, że Tomek miał taki zamiar, ale z tego zrezygnował. Oj dostało mu się od moich znajomych, którzy tylko na to czekali. 

Ostatecznie zaręczyliśmy się 23 lipca 2011r. Wtedy to moi rodzice poszli na imprezkę imieninową do znajomych, a brat wybył gdzieś z domu, więc miałam wolną chatę. Zaprosiłam więc Tomaszka na kolację. Pamiętam jak dziś - zrobiłam kalafiora w cieście i nasypałam za dużo chili i paliło strasznie... Danie główne to była chińska potrawka - ciut mniej ostra :) 
Zjedliśmy kolacje, w tle leciała sobie muzyczka... Siedzieliśmy sobie i piliśmy bezalkoholowego drineczka - wszelkiego rodzaju owoce zalane brzoskwiniowym Picollo. Kiedy nagle Tomek powiedział, że idzie sobie do auta tylko po telefon, bo czekał na ważny telefon z pracy. Ok - powiedziałam - nie ma problemu.
Siedziałam sobie dalej na wersalce i czekałam aż mój luby wróci... Po kilku minutach Tomek był już z powrotem. Gdy uklęknął przede mną - nie wiedziałam co się dzieje. 

- Bo wiesz... 
- Tak.... ?
- Tak.... ?
- Tak... ?
- Czy zostaniesz moją żoną.... ?
- Taaakkkkk...... ?

Podczas tego jakże obfitującego w słowa dialogu poryczałam się jak bóbr. Byłam w szoku, bo zupełnie nie spodziewałam się tego... Tomek przyznał się, że jak zaprosiłam go dzień wcześniej na kolację, to od razu pojechał po pierścionek - zupełnie bez zastanowienia. Pochwalił się tylko tym co zamierza zrobić swojemu ojcu i nikomu więcej o tym nie mówił. To było niesamowite.... ( Na ustach maluje mi się uśmiech od ucha do ucha, kiedy o tym piszę ) :)

Radość rozrywała chyba wtedy nasze serduszka, bo wpakowaliśmy się w samochód i pojechaliśmy przed siebie... Tak po prostu, aby uwolnić te emocje... Kupiliśmy jeszcze jedno Picollo i jednego prawdziwego szampana i na drugi dzień podczas rodzinnego obiadu oznajmiliśmy moim rodzicom, że się zaręczyliśmy. Oni popłakali się i nie wiedzieli co powiedzieć - wtedy zrozumiałam, że akceptują w pełni nasz związek. 

Prawie od razu zaczęliśmy planowanie wesela. Początkowo wybraliśmy datę 8 sierpnia 2012 jednak zmieniliśmy ją ze względu na wakacyjne korki na zakopiance i tak też zdecydowaliśmy się na 8 września 2012 r. W między czasie kończyłam liceum i zdałam maturę. Przygotowywania były dla mnie swego rodzaju odskocznią od codziennej nauki - czymś co sprawiało mi niesamowitą frajdę i radochę. Zwłaszcza, że ustaliliśmy, że to ja będę poszukiwać najlepsze rozwiązania, a w Tomka kwestii będzie je zaakceptować lub odrzucić :) Taki układ bardzo mi pasował, ponieważ byłam w swoim żywiole - uwielbiam planować i organizować :) Znajomi początkowo byli zaskoczeni, że faktycznie zdecydowaliśmy się na ślub, ale po pewnym czasie zaakceptowali to i większość z nich wspierała mnie w tym... 

2012r. 

I nadszedł długo wyczekiwany dzień.... Miałam wtedy 19 lat, a mój luby 30. :) 



Ten Dzień był najpiękniejszym dniem w naszym życiu... Tyle stresu, moc wzruszeń, ogrom miłości i dużo radości. Był dokładnie taki, jaki sobie wymarzyliśmy... 
Tomek pokonał 130 km zaraz z rana, u mnie odbyło się błogosławieństwo po czym zapakowaliśmy się do samochodu i pojechaliśmy do miejscowości, z której pochodzi mąż i tam odbyła się ceremonia. 
Ślub był piękny... Wszystko stało się piękniejsze dzięki mojemu znajomemu, który swoim śpiewem sprawił, że i gościom łezki z oczu leciały... 
Wszystko było takie niesamowite, jakby zaczarowane...















Po ślubie zamieszkaliśmy w górach, w domu rodzinnym Tomka. Mamy swoje piętro z kuchnią, łazienką i dwoma pokojami. W planach mamy budowę domu... ale jakoś nie możemy się za to zabrać... Ale wiem, że kiedyś nadejdzie i czas na to :)

Od zawsze wiedzieliśmy, że będziemy mieli dzieci... Jedno, dwoje, może nawet troje... Nasze starania rozpoczęliśmy już w noc poślubną.... I tak staraliśmy się przez 8 miesięcy... Baliśmy się już nawet, że któreś z nas nie może mieć dzidziusia... Dostaliśmy zatem skierowanie na badania... 
18 kwietnia mieliśmy wybrać się na badania, jednak Tomek złapał jakieś przeziębienie więc musieliśmy odłożyć je na inny termin.
24 kwietnia spodziewałam się miesiączki... Jednak ona nie pojawiła się - standard pomyślałam.. W końcu co miesiąc miałam wahania dwu dniowe w jedną bądź w drugą stronę. Nie mniej jednak test ciążowy i tak ciągle był w mojej torebce. 
27 kwietnia rano ( to była sobota, ponieważ jechałam na studia) zrobiłam test ciążowy. Okazało się, że wreszcie udało nam się... Na teście pokazały się dwie kreseczki. Byliśmy prze szczęśliwi....
Ciąża została potwierdzona przez ginekologa w poniedziałek 29 kwietnia :)

2 stycznia 2014 r.
Na świat przyszła nasza córeczka - Basia.

Teraz tworzymy RODZINĘ. 
Pełną miłości, radości, szczęśliwą rodzinę.


Uf... to wszystko... 
Jeśli ktoś dotarł do tego miejsca, to serdecznie gratuluję i podziwiam. 
Post ten zaczęłam pisać w dniu wczorajszym, ale dopiero dziś udało mi się go zakończyć. 
Wiadomo nie opisałam wszystkiego, lecz ujęłam najważniejsze momenty z naszego życia. 
Jeśli ktoś będzie miał jakieś pytania - chętnie odpowiem :) 

Jeśli komuś było by mało ( w co wątpię ) to zapraszam do obejrzenia naszego filmiku, który został zaprezentowany na naszym weselu - jako podziękowanie dla rodziców :) 


47 komentarzy:

  1. Nie żałuję ani jednej sekundy przeznaczonej na Twój wpis (mimo góry garnków do mycia itp), warto było dla przeżycia z Wami tej pięknej drogi. Miałam ciarki już przy Waszym ślubie, i normalnie się wzruszyłam!
    No idealna para!!! Zachowaj ten wpis koniecznie na pamiątkę, kiedyś przeczyta go Basia :) Pięknie opisałaś wszystko!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja pisałam ten post mimo ogromnej góry naczyń w zlewie :)
      Bardzo mi miło... :)

      Usuń
  2. Cudnie. Ja wytrwalam bo czytalo sie to bardzo lekko i przyjemnie. Gratuluje wytrwalosci. Nasz droga do szczescia rowniez nie byla uslana rozami. Dzielilo nas 2000km i 9 lat. A teraz tworzymy szczesliwa kochajaca sie rodzinke :)
    A Wasze zdjecia plenerowe sa urocze!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mimo miliona błędów gramatycznych i wielu składniowych - tak to jest jak się po nocy piisze posty na bloga :)

      Usuń
  3. Piękna historia:) Co prawdą mam starszego Narzeczonego o 8 lat to i tak ''było gadanie'' przez mamę, że lepiej byłoby znaleźć sobie młodszego... więc wiem, co czułaś gdy inni dokuczali w tej kwestii. Jednak wszyscy zrozumieli i zaakceptowali nasz związek:) Mój narzeczony również Tomasz :)
    Pięknie wyglądałaś jak byłaś młodziutka, zresztą teraz również - co tu dużo mówić!
    Dużo dużo miłości Wam życzę!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sama uważam, że jak byłam młodsza, to wyglądałam o wiele lepiej...
      Jakiś czas temu przeglądałam zdjęcia z przeszłości i usuwałam te niepotrzebne, aby zrobić miejsce na dysku i jak zobaczyłam jaka kiedyś byłam ładna, to aż się podłamałam... Zawsze byłam okrąglejsza, ale kiedyś - znacznie szczuplejsza. Ładniejsze rysy twarzy, zgrabniejsze ciało... Teraz po ciąży to już tylko wspomnienie...
      Mam nadzieję, ze moje dziecko będzie bardzo ruchliwe i będę musiała za nią wszędzie gonić - wtedy może uda mi się zmienić choć troszkę swój wygląd...

      Usuń
    2. Teraz też super wyglądasz naprawdę!
      P.S strasznie przypominasz mi mojego siostrzeńca narzeczoną, tylko, że Ona jest brunetką i ma szczuplejszą twarz:)
      P.S 2 - sesja ślubna przepiękna!

      Usuń
  4. Dotarłam do końca dużo szczęścia we wspólnym życiu

    OdpowiedzUsuń
  5. Przeczytałam wszystko, obejrzałam filmik i wzruszyłam się nie raz. Gratuluję tak szczęśliwego finału romantycznej historii. Wasza Basieńka będzie miała co oglądać :)
    Pozdrawiam
    Iza

    OdpowiedzUsuń
  6. Powodzenia dla Waszej, trzyosobowej (a później większej :) rodziny :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czy będzie większa ? Nie wiem...
      Na ten moment stanowczo wystarczy mi jeden poród i jeden dzidziuś :)

      Usuń
  7. hmm takie maleńkie pytanie bo nie rozumiem tej skóry i napisu szczęść Boże młodej parze 8.09.2012 a przecież ślub był jak pisałaś 8.09.2013 czyżby błąd druhen przy robieniu bramy ? pozdrawiam . Ps piękne zdjęcia ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hehe i dla Ciebie brawka za spostrzegawczość :) mój błąd - fragment o ślubie piałam w nocy i chyba byłam już lekko śpiąca :))

      Usuń
  8. Eeeeeej.... ślub 2013? O ile mnie pamięć nie myli to wrześniowy weekend 2012 należał do Nas - Wy przysięgaliście 8, a my 9 września. Czy może moja skleroza rozbujała się na dobre i wszystko mi się pomerdało? A historia wzruszająca :) Nie wiedziałam, że między Wami jest 11 lat różnicy. Absolutnie tego nie widać. Zdjęcia boskie!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Brawo za spostrzegawczość, ale o ślubie pisałam tej nocy i chyba byłam lekko nie przytomna :)

      Usuń
  9. Przeczytalam wszystko,piekna historia jedynie co to reka mi zdretwiala bo Lenka zasnela na rekach :)Moze i ja opisze nasza historie :)

    OdpowiedzUsuń
  10. piękne zdjęcia z sesji! ;) zazdroszczę. Widząc Twojego męża na zdjęciach od razu pomyślałam sobie, że musi być od Ciebie sporo starszy,ale głupio mi było zapytać ;)
    i faktycznie też mi się daty nie zgadzały;p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzeba było śmiało pytać - ja nie z tych , ktore o byle co się obrażają :-)

      Usuń
    2. ale te zdjęcia ślubne macie przepiękne!

      Usuń
  11. Piękna historia:) Podobna do mojej:) Poznaliśmy się jak miałam 13 lat, On jest o kilka starszy:) Dzieliło nas 100km i nasze drogi rozeszły się na długie 6 lat. Teraz od 4 jesteśmy razem, ślub w sierpniu:) Pozdrawiam Was serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
  12. Historia piękna. Jestem pod wrażeniem filmiku:)Gratuluję wytrwałości i miłości

    OdpowiedzUsuń
  13. Dobrnęłam do końca. Wzruszyłam się! Piękna historia. Aż dziw bierze, że mimo wszystko uczucie przetrwało! Jak tak na Was patrzę, nie widać aż tak bardzo różnicy wieku. Nam z mężem też nie było lekko :) 400km odległości, 4lata starszy ode mnie. Ale daliśmy radę :P Zdjęcia przecudne! Zwłaszcza to na koparce imponujące! :D pozdrawiam,

    www.swiat-wg-anuli.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  14. Pochłonęłam jednym tchem! :) Piękna miłość i teraz widać jej cudowny owoc :) I rzeczywiście - absolutnie nie widać tej różnicy wieku. Aaaa i widoki jakieś takie znajome ;-) Śliczne zdjęcia!

    OdpowiedzUsuń
  15. Dotrwałam do końca. Bardzo ciekawie to wszystko opisałaś. Cudna historia :) Niesamowita wręcz..
    A zdjęcia super. Śliczne.. Fajna z Ciebie góraleczka.. :D

    OdpowiedzUsuń
  16. Za krótkie. Zdecydowanie za krótkie;) historia piekna i sie takie zdążają. Wazne,ze sie dogadujecie i chcecie byc razem a roznica wieku nic nie znaczy.

    OdpowiedzUsuń
  17. Ojej, po prostu cudowna historia :)
    Co z tego, ze taka różnica wieku, najważniejsza jest miłość :) ja to dobrze, ze po trzech latach było kolejne wesele w Waszych rodzinach! :)
    Powiem Ci szczerze, jesteś bardzo łądna, w blond włosach najładniejsza :)

    OdpowiedzUsuń
  18. Piękna historia :) gratuluję szczęśliwego zakończenia ślubem :) pięknie wyglądaliście i śliczna sesja ślubna :)

    Ja mojego Męża poznałam na internecie na czacie, dzieliło nas ok. 60 km a mimo to minęło już 7 lat razem :)

    http://rodzice-plus-dziecko.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  19. Przeczytałam całość i z pewnością Wasza historia jest wyjątkowa :) Co prawda różnica wieku zawsze w jakiś tam sposób prędzej czy później daje o sobie znać, ale jest też jest mnóstwo plusów takiej sytuacji. Mąż jest starszy, trochę bardziej doświadczony przez życie, więc masz w nim wielkie oparcie. Jak to się mówi lepiej mieć mężczyznę niż chłopca, ja sobie nie wyobrażam spotykać się z równolatkiem lub młodszym od siebie....
    A co do Twojego wyglądu- blond to zdecydowanie twój kolor, najbardziej mi się jasne włosy spodobały u ciebie...
    Fajnie jest poczytac takie historie miłosne, każda jest inna, na swój sposób wyjątkowa...
    P.S Piękne zdjecia ślubne :)

    OdpowiedzUsuń
  20. Piękna historia naprawdę wiek nie ma znaczenia w związku ważne jest uczucie i miłość. Więc Basia dostała imię po kuzynce u której na weselu poznałaś przyszłego męża?! Życzę jeszcze większej rodzinki :) i dużo szczęścia We wspólnym życiu.
    Piękne wszystkie zdjęcia a ta sesja ślubna jest po prostu śliczna!

    OdpowiedzUsuń
  21. Świetna historia, jaka wytrwałość. :) Jak to miło, że niektórym wychodzą pierwsze miłości. :)
    Ach przypomniała mi się moja pierwsza poważna miłość do górala. Ech, było krótko i pięknie i też byłam gówniara. A potem on wyjechał do Stanów i nie pisał, choć obiecywał ;) A ja się długo zbierałam.
    A teraz mam niegórala, ale za to też Tomka :)

    OdpowiedzUsuń
  22. Piękna historia :)

    Dużo miłości życzę na dalsze lata i rodzeństwa dla Basi :)

    OdpowiedzUsuń
  23. co Ci powiem to Ci powiem, ale druhny na ślubie miałaś zajebiste:))

    OdpowiedzUsuń
  24. Przeczytałam wszystko z zapartym tchem, a filmik na sam koniec wywołał we mnie ogromne wzruszenie! Piękną macie historię, przepięknie razem wyglądacie, świetną parę tworzycie, a Ty masz przeuroczy uśmiech :)

    Dzięki Tobie chyba zyskałam siły, że nie warto się poddawać, że jeszcze może się uda... My się 5 miesięcy staramy u maleństwo i nie wychodzi póki co, ale to z mojej winy, z powodu problemów zdrowotnych... :(

    Pozdrawiam ciepło :*

    OdpowiedzUsuń
  25. Super historia, przeczytałam całą :D Ja tam w różnicy wieku nie widzę nic złego jeśli się ludzie świetnie dogadują i mocno kochają:D Swoją drogą Twój mąż wcale nie wygląda jakby był starszy o te 11 lat! :)

    My się poznaliśmy z mężem jak miałam 14 lat, on 18, ale parą zostaliśmy dwa lata później :) I wszyscy mówili, że za młoda jestem na takiego starego chłopaka (haha!). Koleżanki się nawet zakładały ile wytrzymamy. Zaczęliśmy być razem w maju, a najdalsze obstawienie było na wrzesień - jesteśmy razem już 5 lat :D

    OdpowiedzUsuń
  26. Przeczytałam do końca :) jak bym książkę czytała :) piękna historia miłości. Przepiękne zdjęcia ze ślubu. Wszystkiego dobrego dla waszej rodzinki życzę :)

    OdpowiedzUsuń
  27. Cudowna historia. Kochana Ty się nie załamuj wyglądem, jesteś młoda weź jeden dzień na fryzjera - nowa fryzura, kolor. Później może być kosmetyczka, wieczorami jak ma Cie kto zmienić idź na fitness czy zumbe czy cokolwiek. Wszystko się uda, i schudnąc i zadbać , wiem córka ważna ale nie zapominaj o sobie i się nie dobijaj, jesteś śliczna 100% matka i żona i kobieta i góralka :)

    OdpowiedzUsuń
  28. Pamiętam jak kiedyś dostałam adres Twojego bloga od Ciebie. Pewnie nie wiesz,ale jestem tutaj bardzo często, lubię czytać co u was słychać, jak żyjecie, jak Wasza Basieńka :) Dzisiaj udzielam się po raz pierwszy, czekałam na tego posta WIEKI, Adrian nie opowiadał ;( Dziś dopiero przeczytałam, całość i się wzruszyłam, piękna historia..ogromnie się ciesze,że miałyśmy możliwość się poznać oraz że miałam możliwość uczestniczyć w waszym najważniejszym dniu w życiu. Czekam na kolejne posty ;DD
    Pozdrawiam Was cieplutko, Dominika ;***

    OdpowiedzUsuń
  29. Witaj witaj Dominiczko :) Owszem pamiętam i strasznie mi miło, że do nas zaglądasz :) Adrian mógł nie opowiadać, bo z pewnością szczegółów nie zna :)
    Udzielaj się częściej :)

    Całujemy :*

    OdpowiedzUsuń
  30. Witam, gratuluje wytrwania w tej długiej drodze waszej miłości. Czytało się post jak scenariusz filmu romantycznego!:) Ja również mam meza starszego o 10 lat i jestem zdania ze starszy mężczyzna jest mądrzejszy i dojrzalszy aby stworzyć rodzinę. My również pobraliśmy się we wrześniu 2012 a teraz jesteśmy już we trójkę razem z nasza sześciomiesięczna córeczką ;) Pozdrawiamy serdecznie! PS. Basia jest przeurocza!
    Emila

    OdpowiedzUsuń
  31. Piękna historia:) trochę podobna do naszej. Ja mojego męża poznałam u dentysty, byliśmy wtedy w 5 klasie:)

    OdpowiedzUsuń
  32. Niesamowita historia :)
    Dużo szczęścia i miłości!

    OdpowiedzUsuń
  33. Właśnie natrafiłam na Twojego bloga i czytam wszystkie posty od tego pierwszego gdzie pisałaś o dwóch kreseczkach i nagle natrafiam na tego posta :) Ja obecnie mam 19 lat, a mój ukochany 34 :) Czyli podobna sytuacja jak u Ciebie :)
    Cudowny blog i cudowna rodzina :)

    OdpowiedzUsuń