czwartek, 30 stycznia 2014

Wyzwanie - portret dziecka raz w tygodniu, co tydzień :) oraz nasza wspólna okazja do świętowania :)

Dziś czwartek więc kolejne zdjęcie do wyzwania :) 
 
5/52 
"Basia ma cztery tygodnie i w ostatnim tygodniu zaczęła coraz częściej uśmiechać się do swoich rodziców"




A okazja do świętowania jest taka, że dzisiaj Basiulka obchodzi swoje 4 tygodnie, a mamusia swoje imieniny :) Z tej okazji popstykałyśmy sobie kilka fotek i pomęczymy Was teraz nimi troszkę. Miłego oglądania :)
 













wtorek, 28 stycznia 2014

Dziwny czas.

Powiem Wam moje drogie blogowe mamusie, że u nas ostatnio jakiś dziwny czas nastał.... 

Mój stan zdrowia poprawił się. Gorączka ustąpiła, ból piersi zniknął. Pozostało jedynie zaczerwienienie w miejscu zatoru mlecznego, który najprawdopodobniej był przyczyną tej wysokiej temperatury. 
Pleśniawki w buzi Basi powoli zanikają. Języczek wreszcie ma piękny czerwony kolorek, a białe plamki z podniebienia i policzków - szybko znikają. Mam nadzieję,że szybko się wyleczą i powracać nie będą. 
Moje brodawki również nie są już w białym nalocie. Jednak w dalszym ciągu nie karmię córki z lewej piersi, z powodu głębokiego pęknięcia, które bardzo kiepsko się goi. Mimo to ściągam z tej piersi jak najwięcej mleka, co by i w niej nie zrobił się jakiś zator.

Jeśli już jestem przy temacie mleczka, to pojawił się kolejny problem... Mianowicie moje piersi nie nadążają z produkcją :( Jest mi niesamowicie przykro, ale muszę podawać mojej córeczce mleczko modyfikowane... Do tego czasu używaliśmy w nagłych wypadkach mleczka kupionego w aptece, takiego gotowego w buteleczkach (np. kiedy moje brodawki krwawiły, kiedy mała miała jakieś większe zapotrzebowanie na jedzonko, albo gdy na początku połogu ból strasznie mi doskwierał i nie miałam siły nakarmić Basi). 
Dziś jednak po raz pierwszy podałam Basi mleko w proszku, gdyż moje piersi puściły tylko po kilka kropelek.... :( Mimo ogromnego bólu, mimo obolałych pleców, mimo popękanych brodawek - bardzo chciałabym karmić moją córkę, bo wiem, że to najlepsze co mogę jej dać. Moje piersi odmawiają posłuszeństwa i produkują sporo mleka, ale trwa to zbyt wolno :( 
Zrobię wszystko, aby pobudzić moje piersi do szybszej produkcji... 

Dziwny czas dotyczy też mojej córci. Jest taka markotna, marudna... Często popłakuje bez widocznego powodu. Nie cierpi leżeć na płaskim (łóżeczko, łóżko, wersalka), najlepiej czuje się w foteliku samochodowym, a już najcudowniej na maminych rękach.... Najchętniej to w ogóle nie odrywała by się od moich lub Tomkowych rąk. Nie uśmiech się tak często jak wcześniej. Jest inna.... 
Mam nadzieję, że wkrótce jej to przejdzie, bo widzę, że i ją i nas strasznie męczy taka sytuacja... 

Dziwny czas dotknął i naszego związku... I to boli mnie najbardziej... Ale o tym nie chcę tu pisać, jest to zbyt prywatne... Powiem tylko ,że brakuje mi czułości.... 


Przepraszam Was, że taki nijaki ten post, ale takie właśnie nijakie emocje mnie ogarnęły ;( 
Oj, oby ten dziwny czas szybko minął.....

niedziela, 26 stycznia 2014

Same problemy :(

Oj nie jest u nas dobrze, oj nie jest... 

Wszystko zaczęło się w sobotę. Byłam senna, jakaś zmęczona i miałam straszny ból głowy.... Ile razy wstałam - kręciło mi się w głowie. Wszystko zwaliłam jednak na beznadziejną pogodę i na niskie ciśnienie. Jednak koło południa postanowiłam zmierzyć sobie ciśnienie. Wynik okazał się książkowy. Jedynie puls był dość wysoki. Położyłam się na chwilę, ale co z tego skoro zupełnie zasnąć nie mogłam. Jakoś przemęczyłam się do wieczora, wzięłam prysznic, położyłam się do łóżka i czekałam na męża. W między czasie  udało mi się zasnąć. Gdy przyszedł Tomek - przebudziłam się, a on zapytał mnie dlaczego jestem taka gorąca.... Od razu poleciał po termometr i kazał zmierzyć czy nie mam gorączki. Termometr wylądował pod pachą, a ja... zasnęłam. 
Basia obudziła nas na karmienie ( jakieś 2 godziny później), a mnie olśniło, że dalej mierzę temperaturę. Wtedy na osi pokazało się przeszło 37 stopni, ale stwierdziłam, że wynik jest niewiarygodny, bo mierzył się zbyt długo. Po karmieniu zmierzyłam jeszcze raz i wyobraźcie sobie, że moim oczom pokazało się 39,3*C !
Byłam w szoku - zwłaszcza, że nigdy nie gorączkuję, nawet przy silnej chorobie. Wtedy olśniło mnie - wysoka gorączka i osłabienie - być może zapalenie piersi. Poleciałam szybko do laptopa i szukałam informacji. 
Gorączka, osłabienie- jest. Ból piersi - hmm... no właśnie nie do końca.... Zaczerwienienie piersi - brak. 
Zażyłam lek na zbicie gorączki i położyłam się spać. Rano pojawił się ból prawej piersi i zaczerwienienie. Przez cały wczorajszy dzień temperatura wahała się w przedziale 37,5 - 39,1. W głowie ciągły kołowrotek. Piersi masowałam i mleko ściągałam. Ledwo żyłam. 
Od nocnego karmienia temperatura nie przekracza 38*C. - więc jest lekka poprawa. Pierś mniej boli, ale zaczerwienienie się utrzymuje... 

A dodatkowo jeszcze kilka dni temu zauważyłam biały nalot na języku mojej Basi. Znalazłam informacje, że najprawdopodobniej jest to nalot z mleka. Ścierał się więc stwierdziłam, że faktycznie to wina mleka. Ale obserwowałam podniebienie, dziąsła i policzka czy przypadkiem na nich nie pojawiają się białe plamki, bo wiedziałam, że wtedy będą to pleśniawki. No ale niestety- białe plami pojawiły się na podniebieniu i dziąsłach. Od wczoraj smarujemy AFTINEM i jest już lekka poprawa. I moje brodawki też mają biały nalot więc też je smaruję. 

Drogie mamusie... 
Czy miałyście problem z zapaleniem piersi ? Jak sobie z nim poradziłyście ?
a także :
Czy miałyście problem z pleśniawkami ?  



A to nasz misiaczek tuż po werandowaniu :) 
 

czwartek, 23 stycznia 2014

Wyzwanie - portret dziecka raz w tygodniu, co tydzień :)

Dzisiaj czwartek więc śpieszę dodać kolejne zdjęcie do wyzwania 

4/52

"Trzytygodniowa istotka"


Pierwszy raz... :)

Do poprzedniego posta muszę dopisać jeszcze jedno bardzo ważne wydarzenie.
Mianowicie :


21 styczeń - wtorek

Basia po raz pierwszy podróżowała samochodem. 
Oczywiście nie bierzemy pod uwagę powrotu do domku ze szpitala. Gdy Tomek wrócił wczoraj z pracy postanowiliśmy, że wybierzemy się do Tomkowej babci, a Basieńkowej prababci. Ktoś może powiedzieć - pierwsza podróż samochodem przed pierwszym spacerem i w dodatku wieczorem ? A no tak - wieczorem. I stanowczo uważam, że była to świetna decyzja. Córci podróżowanie się bardzo podobało, bo gdy tylko samochód ruszył - Basieńka zasnęła :) Trasa to tylko 10 km w jedną stronę więc jak na początek - wystarczająco :) A prababcia była zachwycona swoją pierwszą prawnuczką (bo dwóch prawnuków już ma) :)


22 styczeń - środa 

Drugi dzień werandowania. 
Basia drugi raz oddychała świeżym powietrzem. Ze względu jednak na aktualną pogodę musiałyśmy zrezygnować z werandowania na balkonie.

Pierwszy dzień dziadka.
Podobnie jak z dniem babci - do dziadka mieszkającego daleko powędrowała internetowa laurka, natomiast dziadek mieszkający na miejscu dostał słodycza :)



23 styczeń - czwartek

Basia ma 3 tygodnie. 
I jest najwspanialsza na świecie ! Szkoda tylko, że od wczoraj daje nam nieźle popalić.... Wczoraj w ciągu dnia spała tylko dwie godzinki, a w nocy wcale nie było lepiej... Wszędzie dobrze, byle by tylko nie spać we własnym łóżeczku, a już najlepiej to na rękach mamusi... I dziś od rana to samo... 
Najgorsze jest to, że kompletnie nie wiem co dolega naszej córci... Brzuszek miękki, nie podciąga nóżek, wydalanie w porządku... Zupełnie nie wiem o co chodzi.... 
Zasnęła dopiero jakąś godzinkę temu i to w foteliku samochodowym - nigdzie indziej jej nie pasowało.... Choć wiem, że nie powinna w nim siedzieć zbyt długo, to jednak pozwolę jej się wyspać... 



Muszę Wam jeszcze o czymś napisać...
Od jakiegoś tygodnia zauważyliśmy coś niesamowitego... Nasza Basieńka potrafi trzymać główkę ! Wyobraźcie sobie, że kiedy układam ją na ramieniu do odbijania, to ona podnosi główkę i rozgląda się. To samo robi kiedy położymy ją na brzuszku. Oczywiście główka chwieje się na boki ale nie jest taka zupełnie bezwładna... Wyczytałam, że niektóre dzieci tak mają - są po prostu silne, natomiast u innych dzieje się tak ponieważ występuje napięcie mięśniowe.... Ale u naszej córci żaden lekarz go nie stwierdził, więc przyjęliśmy, że nasza Basia to silna dziewczynka : ) 

Tymczasem muszę kończyć ( czuję ogromne zmęczenie i póki Basia śpi to i ja muszę spróbować zasnąć ). Trzymajcie się ciepło :) 
 

wtorek, 21 stycznia 2014

Kolejne nowości :)

Pędzimy zanotować kolejną dla nas ważną datę :) 

21 styczeń - wtorek

Pierwsze werandowanie. 
Dzisiejsza pogoda tak pięknie nam sprzyjała, że postanowiłam, że zapakuję Basię w kombinezonik i włożę do wózka i zaczniemy oswajanie się z chłodniejszym powietrzem. Zaczęłyśmy od spędzenia 15 minut w pokoju przy otwartym oknie balkonowym. Mała była zachwycona ! :) Najpierw leżała z szeroko otwartymi oczkami, po czym po chwili słodko zasnęła - najwidoczniej nasze powietrze jej służy :) 
Jutro - o ile pogoda również nam tak ładnie dopisze - będziemy werandować się na balkonie :) 





Pierwszy dzień babci. 
Z racji tego, że babcia Ewa mieszka sporo kilometrów od małej Basi, postanowiliśmy, że zrobimy jej mały prezent e-mailowy. I w taki oto sposób powstała laurka, która dzisiaj powędrowała za pomocą poczty elektronicznej do babci. Dostałyśmy sms-ka z odpowiedzią, że babcia się popłakała i kazała wycałować wnusię : ) 

Druga babcia jest na miejscu i pewnie dostanie od wnusi jakiegoś słodycza :) 



Laurka dla babci :)


poniedziałek, 20 stycznia 2014

Ważny weekend :)

Miniony weekend przyniósł nam kilka nowych i ciekawych wydarzeń do zapamiętania. 


Sobota - 18 styczeń

Dziadkowie i wujek Mateusz odwiedzili nas i naszą córcię :)
Oj lubię jak moi rodzice przyjeżdżają do nas... Pewnie dlatego, że nie jest to zbyt częsta sytuacja, gdyż dzieli nas 130 km. ( tak to już jest jak córka znajdzie sobie górala i ucieka w piękne Tatry...) 
Mama - jak to zwykle mama - pomogła mi bardzo.... Ogarnęła nieco mieszkanko, zrobiła obiadek i wzięła się za prasowanie. W między czasie zdążyła się jeszcze nacieszyć wnusią :) Dziadek też chętnie nosił wnusię na rękach, głaskał i zagadywał :) Wujek - mój brat, a wkrótce i chrzestny Basieńki również jest bardzo zafascynowany swoją siostrzenicą. W prezencie dostaliśmy od niego podgrzewacz do butelek. Jeszcze go nie używaliśmy, ale pewnie wkrótce wypróbujemy.  
Chcę Wam powiedzieć, że trudno jest, gdy rodzice mieszkają tak daleko... Niby nie jest to koniec świata, ale często kilka tygodni się nie widzimy....  No cóż - na to nic nie poradzimy i trzeba to po prostu przyjąć i jakoś sobie radzić - więc jak tylko rodzice mogą, to pakują się w samochód i przyjeżdżają :) 


Rodzice odważyli się w końcu obciąć pazurki małej Basi :) 
Dość długo zabieraliśmy się do tej operacji, ale to wszystko za sprawą tego, że kiedy już córa zasypiała kamiennym snem, to i rodzice korzystali z okazji i zamykali oczka, by zregenerować nieco organizm. Ale przyszedł czas, kiedy nasza Basieńka stała się bardzo mobilna i łapki niedrapki nie stanowiły już dla niej żadnego problemu... :) Trzeba było więc szybko działać, ponieważ buzia naszej córki wyglądała już mało atrakcyjnie. Widok wbitych pazurków w oczka Basieńki dodatkowo przyczynił się do naszej decyzji. 
Cała operacja musiała wyglądać dość komicznie, ponieważ mamusia trzymała córę na kolanach i trzymała rączki, a tatuś swoimi wielkimi dłońmi starał się delikatnie trzymać maleńkie paluszki Basi. Obcinanie poszło nam całkiem sprawnie, a Basieńka nie musi już mieć ubranych rękawiczek :) 



Niedziela - 19 styczeń

Na obiad przyszli do nas drudzy dziadkowie - rodzice Tomka.
Oni natomiast mieszkają dwa piętra niżej. Więc widzą wnuczkę codziennie.... Tak, tak..... codziennie ! A chyba nie muszę komentować jak znoszę codzienne wizyty teściowej... -.- Wiem - stara się, ale mogłaby przychodzić choć co drugi dzień... hehe :) 

Podczas porannego przewijania Basieńki, został mi w ręce kikut pępowiny :) 
Nareszcie ! Czekaliśmy na to aż 17 dni... wydaje mi się, że to dość długo... Aczkolwiek pewności nie mam :) Mimo wszystko - bardzo się cieszę :)

Mama po raz pierwszy wyszła z domu :) 
Tak - wczoraj po raz pierwszy od porodu postanowiłam zostawić Basieńkę z tatusiem, a sama wybrałam się do kościoła. Wypad zatem był krótki, ale i tak jakoś tak trudno mi było. Czekałam tylko z niecierpliwością aż msza się skończy i szybko popędziłam do domu. Gdy wróciłam - moim oczom ukazał się cudowny widok - moje skarby zasnęły :)
A co mogę dodać do tego - kiedy postanowiłam, że wybiorę się do kościoła uświadomiłam sobie, że przecież ja nie mam się w co ubrać...Płaszcz kilka rozmiarów za duży, w spodnie sprzed ciąży nie wejdę, a te ciążowe z tyłka mi lecą, nawet buty kupione w ciąży jakieś takie luźne.... Musiałam przeszyć guziki w płaszczu i znaleźć jakieś leginsy.... coś mi się wydaje, że trzeba będzie odświeżyć szafę (tylko ciekawe kiedy ? :D )


Zostawiam Was ze zdjęciami z minionego weekendu :)








z wujkiem Mateuszem :) 

 z babcią Ewą :)

z dziadkiem Bogdanem :)


z babcią Weroniką :) 



A tutaj tatusiowi się nudziło i fotografował mamusię, która w miarę powróciła do formy ( przynajmniej zewnętrznie ) :) 



piątek, 17 stycznia 2014

Kiedy Basia śpi... mama pisze notkę :)


Drogie mamuśki powiem Wam, że zupełnie nie mam dziś o czym tutaj pisać... 
Co prawda mogłabym godzinami nawijać o tym jaka to moja córeczka jest piękna, cudowna, wspaniała i kochana, ale myślę, że jest to oczywiste więc pominę tą kwestię :) 

O wiem ! Mam do Was jednak jedno pytanie :
Czy macie może jakieś sprawdzone sposoby na czkawkę ? 
Czytałam, że starszym dzieciom można podać coś do picia, ale moja kruszynka jest jeszcze na to za mała... Można tez przystawić dziecię do piersi, ale co z tego, jak moją Basieńkę czkawka zawsze łapie kilka minut po jedzeniu oraz po odbiciu... Wtedy jest ona najedzona i ani jej się śni łapać po raz kolejny cycuszka...  Sama czkawka nie jest bardzo męcząca, bo wiadomo dziecko jest do niej przyzwyczajone, bo już w brzuszku mamusi miało tą dolegliwość. Najgorsze jest to, że najedzone dziecię zaczyna ulewać jeśli czkawka trwa dobre 20 - 25 minut. 

Korzystając z okazji, że Basiulka śpi muszę ogarnąć nieco mieszkanko. Jutro przyjadą do nas moi rodzice, bo stęsknili się za wnuczką i zupełnie nie wystarczają im zdjęcia wysyłane co kilka dni :) A poza tym moja mama bardzo nam pomaga ( zawsze coś ugotuje czy ogarnie mieszkanko; zajmie się wnusią, żebym ja mogła chwilkę odpocząć ). 
A i ja potrzebuje sobie pogadać z bliskimi... 
Ostatnio mężuś wraca z pracy wieczorem,  kąpiemy malutką, a potem oboje padnięci zasypiamy i prawie wcale nie mamy dla siebie czasu.... Mam nadzieję, że kiedyś wróci to do normy.. :)


Przepraszam za jakąś taką chaotyczną notkę, ale coś nierozgarnięta dziś jestem :) 
Zostawiam Was z moją ślicznotką :) 






czwartek, 16 stycznia 2014

Pięknie jest :)

Dzisiaj stuknęły mojej Basieńce dwa tygodnie :) 

Nasza panna jest coraz większa. Nawet nie wiem jak to się stało, że ten czas tak szybko leci.... Staramy się maksymalnie wykorzystywać każdą chwilkę, lecz zmęczenie często daje się we znaki. Ale dzielnie z nim walczymy :) 

Basia w dzień śpi coraz mniej, choć noce przesypia tylko z jedną maksymalnie z dwoma pobudkami na przewijanie i karmienie :) Kolki na szczęście odpuściły (oczywiście nie zapeszając) i oby już nie powróciły, bo płacz córci rozrywał moje serduszko... 

Wydaje mi się, że i problemy laktacyjne powoli zostają zażegnane. Aczkolwiek sutki dalej są w kiepskim stanie.... Ale smaruje je i wietrzę i wydaje mi się, że jest z nimi coraz lepiej. 

--------------------------------------------------------

A właśnie ! 
Ostatnio na blogach głośno zrobiło się o wyzwaniu :
"Portrety moich dzieci raz w tygodniu, co tydzień" 
I ja postanowiłam dołączyć do tej akcji. Wstawię zatem zaległe zdjęcia i postaram się dodawać zdjęcie w każdy czwartek. Pierwsze zdjęcie będzie zatem z dnia porodu :) 


1/52




2/52



3/52


Taka to nasza mała królewna

środa, 15 stycznia 2014

Wspomnienie z porodówki...


Przyszedł czas, aby podzielić się z Wami moimi wspomnieniami z porodówki. Nie jest łatwo to opisać, bo uczucia mam mieszane. Ale postaram się...

"Choć porody w zależności od formy przebiegają w podobny sposób, 
z perspektywy kobiet każdy z nich jest inny i wyjątkowy."

Więc i mój poród był... wyjątkowy.
Wszystko zaczęło się 1go stycznia. Przed południem pojechaliśmy z mężem na KTG do szpitala, które oczywiście nie wykazały żadnego skurczu. Pani doktor po zakończeniu zapisu zabrała mnie na badanie ginekologiczne, żeby sprawdzić rozwarcie. Oj było to strasznie nieprzyjemnie, ale w dalszym ciągu rozwarcie nie zmieniało się czyli +/- 2,5 cm. Pani doktor zupełnie nie była w stanie powiedzieć, kiedy może rozpocząć się akcja porodowa. Mąż siedział w tym czasie na korytarzu. Gdy wyszłyśmy z gabinetu, zapytał doktorkę czy coś się już zapowiada ? Na co ona odpowiedziała mu szeptem : Może jeszcze dziś się spotkamy... :) 
Wychodziłam ze szpitala cała obolała po badaniu, wykonywałam maleńkie kroczki i ledwo dreptałam do samochodu. Ale po pewnym czasie ból ustąpił. 

Siedzieliśmy sobie po obiedzie z moimi rodzicami, bratem i teściami, gdy około godziny 15.00 pojawiły się pierwsze delikatne skurcze. Wzięłam ciepłą kąpiel, po której skurcze ustąpiły. Około godziny 16.00 powróciły - były nieco mocniejsze, ale co najważniejsze regularne ! Początkowo co 10 minut, potem co 7, nagle znów co 9, a potem co 6... Mama latała za mną z kartką i długopisem i zapisywała godziny kolejnych skurczy.
Gdy skurcze zaczęły występować regularnie co 5 minut (około  godziny 19:30 ) postanowiliśmy z Tomkiem zacząć zbierać się do szpitala.

W samochodzie skurcze były już regularnie co 3 minuty. Do szpitala dojechaliśmy w trybie ekspresowym - przy każdym skurczu, Tomek widząc mój ból  - przyśpieszał coraz bardziej i wyprzedzał kolejne samochody. Dzięki Bogu był to Nowy Rok więc kierowców na drogach było dość mało. 
Zgłosiłam się na izbę przyjęć, gdzie miły pan poinstruował mnie gdzie udać się dalej. Miałam czekać aż zejdzie po mnie położna. Więc usiadłam na ławeczce i czekałam. Mąż zaparkował w tym czasie autko i dołączył do mnie. Wtulona w Tomka modliłam się, aby nie dopadł mnie syndrom izby przyjęć i aby skurcze jednak nie ustąpiły.Mówiłam do męża, że uważam, że te skurcze są za słabe, abym mogła za ich pomocą wypchnąć z siebie dzidziusia....(wtedy jeszcze nie wiedziałam co to są prawdziwe skurcze... ). Czekaliśmy i czekaliśmy, a ból był coraz bardziej dokuczliwy. Tomek poleciał więc do miłego pana na izbę przyjęć i zapytał czy ktoś już do nas idzie ? Miły pan zadzwonił na porodówkę raz jeszcze i po kilku minutach zjawiła się położna. 
Zabrała mnie do gabinetu, przeprowadziła wywiad , a ja zmieniłam wdzianko na bardziej szpitalne. Na porodówkę Tomek niestety na początku wejść nie mógł - musiał czekać  na korytarzu. W tym czasie wykonano mi KTG i usłyszałam coś co mnie lekko dobiło: 
"Skurcze są owszem regularne, ale zbyt słabe i z tego porodu jeszcze nie będzie. Być może urodzi pani jutro około południa... "

Tomek po tym wyroku został odesłany do domu. Położna poradziła, abyśmy byli w kontakcie telefonicznym i gdyby jednak coś się działo, to przyjedzie, bo nie ma sensu, aby tu siedział i czekał....
Dostałam zalecenie, aby położyć się mimo bólu i spróbować nieco odpocząć. 

Leżałam zatem i oczekiwałam na rozwój wydarzeń. Około 21.00 zabrali mnie na USG, z którego wynikło, że córcia ma około 3750 g i ma się bardzo dobrze. Po badaniu jakaś inna położna zabrała mnie do gabinetu, aby dokończyć wypełnianie dokumentów. I wtedy wydarzyło się coś co zupełnie zwaliło mnie z nóg i podłamało psychicznie. Jedno z wielu pytań brzmiało : Aktualna waga ? 
Odpowiedziałam więc, a w odpowiedzi usłyszałam : "Jest pani za gruba."
No zatkało mnie... 
Wydaje mi się, że takie opinie powinna zatrzymać dla siebie... A poza tym to chyba moja sprawa ile ważę i jak wyglądam... Spojrzałam na nią wzrokiem Bazyliszka, ale nie udało mi się wykrztusić z siebie żadnej ciętej riposty... Kobieta zorientowała się, że gafę strzeliła i próbowała się jakoś zreflektować przekazując mi "dobre rady" odnośnie porodu, ale zaszkodziła sobie tak bardzo, że jedynie co zrobiłam to odwróciłam się na pięcie i poszłam do sali przedporodowej. Od razu zadzwoniłam do Tomka, żeby mu się wyżalać... Człowiek kurcze oczekuje pomocy od służby zdrowia, a oni jeszcze bardziej potrafią dobić...

Leżąc na łóżku około godziny 21.45 skurcze zaczęły się nasilać.  Zaczęłam się zwijać na łóżku z bólu... I nagle dotarło do mnie, że chyba wkrótce faktycznie zacznę rodzić. 
O 22.00 poczułam, że na wkładce zrobiło się "mokro". Poleciałam zatem do łazienki, gdzie okazało się, że wypadł mi czop śluzowy i poleciała krew. Wróciłam do sali i znów skurcze niesamowicie silne... Około 22:30 położna wzięła mnie na badanie, żeby sprawdzić czy przypadkiem rozwarcie nie powiększa się. I wtedy odeszły mi wody płodowe. Podłączyli KTG, a ja napisałam sms do Tomka : 
"Zbieraj się - ja rodzę ! ". 
Skurcze były niesamowicie silne... nie spodziewałam się takiego odczucia... 
Udało mi się dostać na salę rodzinną, gdzie zrobili mi lewatywę. Pech chciał, że zostawiłam telefon na sali ogólnej i nie wiedziałam czy Tomek już przyjechał czy jeszcze nie... Skurcze nasiliły się w tym momencie okropnie. Mój krzyk rozniósł się chyba po całym szpitalu i w mgnieniu oka na salę przyleciały dwie położne i mój mąż. Był blisko, więc było już o niebo lepiej.... 
Badanie wykazało 6 cm rozwarcia. Dostałam piłkę - co wydaje mi się - było świetnym pomysłem.

Tomek stał za moimi plecami i trzymał mnie za ramiona. Przy każdym skurczu pomagał podskakiwać na piłce, a gdy tylko minął trzymał mnie, żebym z niej nie spadła, ponieważ zasypiałam. Około północy rozwarcie osiągnęło kryzysowy rozmiar 7 cm. Miałam wrażenie, że skurcze rozrywają moje biodra... Na sali zjawiła się moja pani doktor, która powitała nas promiennym uśmiechem jakby chciała powiedzieć : a nie mówiłam ? :) Chcę jeszcze wtrącić, że moja pani doktor nie miała w tym dniu dyżuru na porodówce, mimo to zjawiła się specjalnie dla mnie...
Tutaj troszkę urywa mi się film, ale wiem, że prosiłam doktorkę, żeby zrobiła mi cesarkę ( teraz wiem, że wcale tego nie chciałam - to tylko taki mały kryzys ) : ) 

Tutaj pojawił się mały problem... Mianowicie główka dziecka dalej była zbyt wysoko, a skurcze były intensywne, ale niestety zbyt krótkie. O godzinie 00.30 podano mi oksytocynę, aby wydłużyć czas trwania skurczy. W ciągu 15 minut rozwarcie zrobiło się na 10 cm. Zaczęła się zatem druga faza porodu. Najpierw położne kazały przeć kucając - pomogło to w obniżeniu dzidziusia. Następnie przeniosłam się na łóżko i po czterech parciach i nacięciu krocza na świat przyszła Basia. 

Córcia od razu została położona na moim brzuszku. Była piękna... Popatrzyła głęboko w moje oczy i wyobraźcie sobie, że nie zaczęła płakać, tylko mruczeć. Dopiero po chwili wydała kilka głośniejszych okrzyków.... Dotykając jej maleńkiego ciałka dalej nie wierzyłam, że to nasza córeczka. Była idealna... 
Po chwili została zabrana do kącika niemowląt, gdzie została zmierzona i zważona i oceniona. 


Dane techniczne : 

data urodzenia: 02.01.2014 r. 
godzina urodzenia : 01.05
waga : 3730 g 
długość : 57 cm 
punkty Apgar : 10 
oczy : niebieskie
włoski : długie jasne
czas trwania porodu :
I faza : 4.45 h
II faza: 20 min. 
Wszyscy byli pod wrażeniem tego, że nasz poród tak szybko się rozwinął i tak szybko Basia przyszła na świat - zwłaszcza, że przyjmując mnie do szpitala położne stwierdziły, że raczej nic z tego póki co nie będzie. Coś mi się wydaje, że zrobiłam im wszystkim na złość :) 

Pomimo przykrego incydentu z jedną położną uważam, że trafiłam na bardzo fajny personel. (Ta, która tak mnie zirytowała już do mnie więcej nie podchodziła - zajmowała się innymi porodami, których w tym dniu było wyjątkowo dużo, bo aż 9). Pozostałe położne troszczyły się o mnie, odpowiadały na wszystkie pytania i dokładnie instruowały co mam robić. Były spokojne, miłe i przede wszystkim uśmiechnięte.

Nieoceniona była w tym wyjątkowym momencie pomoc mojego ukochanego męża... Uwierzcie mi - bez niego nie dała bym sobie rady.... Cały czas mówił do mnie, trzymał za rękę, przypominał o prawidłowym oddychaniu... Wspierał, przytulał, głaskał.... Był wspaniały... 

Co było dla mnie najgorsze w czasie trwania porodu ? 
Nacinanie krocza - ponieważ położna niestety nie trafiła w najwyższą fazę skurczu (ze względu na to, że były krótkie....)
Szycie krocza - pomimo tylko trzech szwów zewnętrznych - ból był okropny, a cały zabieg bardzo nieprzyjemny.
Ból rozrywający biodra przy każdym skurczu -  chyba po prostu czegoś takiego się nie spodziewałam...

Choć podczas porodu zarzekałam się, że więcej rodzić nie będę, to teraz z perspektywy czasu uważam, że wcale nie było tak źle... Byłam pozytywnie nastawiona do porodu i chyba właśnie to pomogło mi to przetrwać. Cały ból zniknął, gdy zostaliśmy na sali tylko we troje i mogliśmy cieszyć się sobą....

W innym poście opiszę wspomnienie z oddziału położniczego, ale nie wiem kiedy to nastąpi. :) 

Wiecie... mamy mały problem - najprawdopodobniej naszą córeczkę zaczęła męczyć kolka :( 
Wszystko zaczęło się przedwczoraj rano - męczyło ją od 7 do 11. Potem kolejny napad pojawił się wieczorem o 22 i trwał przeszło godzinę. Brzuszek niesamowicie twardy, nóżki cały czas podkurczone i płacz... Okropny płacz, którego nie da się niczym ukoić. Nie pomaga ani noszenie, ani kołysanie, ani głaskanie... Serce mi pęka słysząc ten przerażający płacz... Wczoraj kolejny napad kolki córcia miała około 10.00 i trwał do 12.00. Wtedy podałam jej kropelki espumisan. I nie zapeszając - ale do tej pory kolka nie nawróciła....I błagam - oby tak już pozostało... 





sobota, 11 stycznia 2014

Mleczne rozterki...

Przyszła i pora na niemałe problemy z wytwórnią mleczka.... 
Ale przejdę do rzeczy. W pierwszych dniach po porodzie moje sutki wyglądały tragicznie - były popękane, krwawiące i bolące. Karmienie mojego maleństwa było nie lada wyzwaniem... Z pomocą przyszedł mąż z kapturkami firmy AVENT. Ból pozostał, ale sutki zregenerowały się i zagoiły - i to w ciągu 2 dni. Po tym czasie zrezygnowałam z użytkowania kapturków i przez kolejne dni miałam spokój - aż do wczoraj. Prawa brodawka pękła na nowo.... 

Ale to nie wszystko od wczoraj mam nawał pokarmu - oczywiście również w prawej piersi. Zupełnie nie wiem co robić.... Basi przystawić do tej piersi nie mogę ze względu na otwartą ranę na sutku. A wiem, że przydałoby się, ponieważ mleko musi być odciągane z tej piersi, aby nie doszło do zastoju pokarmu... 

W tym momencie radzimy sobie tak :
-  Z lewej piersi karmimy się normalnie. 
-  Z prawej odciągamy pokarm. 

Wiem, że powinnam odciągać tylko niewielką jego ilość (około 15 ml - tylko, aby odczuć ulgę) i normalnie przystawiać do piersi. Ale ze względu na to, że nie mogę córci przyłożyć do piersi to odciągam około 50 ml i karmię Basię butelką. 

Nie wiem czy to dobre wyjście z tej sytuacji, ale innego rozwiązania póki co nie widzę. 
Mam nadzieję, że sutek szybko się zagoi lub nawał pokarmu ustąpi...


Czy Wy drogie mamusie również miałyście tą "przyjemność" przechodzić przez nawał pokarmu ?
Jak sobie z nim poradziłyście ?

piątek, 10 stycznia 2014

Najtrudniejszy zawód świata....

... to mama. 

Bycie matką, to coś niesamowitego, ale jakże trudnego. Po porodzie ledwo żyjesz, z wielkim trudem poruszasz się, a wiesz, że ten mały człowieczek bez Ciebie sobie nie poradzi. Więc walczysz... Walczysz z ogromnym bólem, ze wszelkimi przeciwnościami. Uczysz się jak rozpoznawać potrzeby własnego dziecka i jak je zaspokajać. Z wielkim żalem znosisz płacz maleństwa i starasz się ze wszystkich sił, by jakoś go uspokoić. Zaciskasz zęby przy każdym karmieniu, bo wiesz, że mleko płynące z twoich piersi jest najlepszym pokarmem dla Twojego maluszka. Znosisz wszystkie uwagi najbliższych i starasz się korzystać z porad, ale nie jest to łatwe. Chcesz dla dziecka jak najlepiej - choć często Ci to nie wychodzi... 

Zawód mama - najtrudniejszy zawód świata. 


To taka moja refleksja... Jest mi niezwykle trudno, ale staram się ze wszystkich sił. Ból poporodowy odpuszcza, więc jest łatwiej, ale pojawiają się nowe przeciwności, które na nowo komplikują nam życie. Tyle pytań, tyle wątpliwości. Tyle zagadek, tyle nowości.... Walczymy i się nie poddamy :) 

A wczoraj, nasze drogie blogowe cioteczki - Basieńka skończyła tydzień :) Coraz większa z niej panna. I do tego jest taka cudowna ! 

Na zakończenie wrzucę fotkę naszej księżniczki i uciekam, bo pieluszka wzywa :) 


wtorek, 7 stycznia 2014

Cieszymy się sobą...

Post szybki, ponieważ kiedy córcia śpi, to i mama musi odpoczywać :) 

W domu jesteśmy już od soboty i uczymy się siebie wzajemnie. Łatwo nie jest, ale nasza córeczka jest bardzo grzeczna ( najprawdopodobniej podała się na tatusia) co ułatwia nam znacznie współpracę. 


Chcę Wam powiedzieć, że ten mały skarb wywrócił nasze życie do góry nogami, brak snu i dolegliwości poporodowe dają się we znaki. 
Ale uśmiech naszej córeczki łagodzi każdy ból. 

Zakochaliśmy się. 
W tych oczkach, maleńkich rączkach i stópkach, w usteczkach... 
Basia jest najcudowniejsza. 
Jedyna, niepowtarzalna - nasza :) 


czwartek, 2 stycznia 2014

nasza piękna córeczka

Oto nasza córeczka Basia :-) przyszła na świat dzisiejszej nocy o godzinie 1
05. Nasz aniołek waży 3730 g i mierzy 57 cm.
Poród odbył się siłami natury.
 W szpitalu najprawdopodobniej zostaniemy do niedzieli.
Trzymamy sie dzielnie i wszystkich serdecznie pozdrawiamy w nowym roku :-)