piątek, 28 lutego 2014

Nasza miłość....

Udało się. Maleńka zasnęła, więc mama może usiąść z kubkiem gorącej herbaty i naskrobać kilka zdań. Tak jak obiecałam podejmę się napisania o naszej pięknej, choć trudnej miłości... 
Od razu mówię to będzie dłuugi post, ponieważ nie da się tego opowiedzieć w kilku zdaniach. Jeśli ktoś przeczyta to w całości - to będę pod wrażeniem :) 

Od czego by tu zacząć... Najlepiej było by od początku.... hehe :) 

2006 r.
W tym właśnie roku odbyło się wesele mojej kuzynki. Byłam wtedy jeszcze straszną gówniarą - miałam 13 lat czyli chodziłam do gimnazjum. Na oczepinach złapałam welon,  bo oczywiście od zawsze wiedziałam gdzie się zakręcić :) Muchę złapał pewien blondynek - bardzo słodki i przystojny ( ale nie był to Tomek ). Całe wesele tańczyłam, bo tańczyć uwielbiam. Śmiałam się, szalałam... Wiadomo jak to dzieciak na weselu :) 
Na drugi dzień odbyły się poprawiny. Pojechaliśmy razem z rodzicami, ale że uważałam się za "dorosłą", to nie chciałam z nimi siedzieć przy stoliku, więc usiadłam z kuzynostwem. I to właśnie wtedy poznałam Tomka.
Skąd on się tam wziął ? A no właśnie to skomplikowane, więc tłumaczyć pokrewieństwa nie będę. Zaznaczę tylko, że to siódma woda po kisielu- jak to się mówi i brak więzów krwi :)
Siedzieliśmy na przeciwko siebie, śmialiśmy się, gadaliśmy, żartowaliśmy... Potańczyliśmy kilka razy... Ale najbardziej niezapomniany był dla mnie moment, kiedy staliśmy na balkonie, a mi zrobiło się tak strasznie zimno... Powiedziałam wtedy o tym Tomkowi, a on bez zastanowienia dał mi swoją marynarkę... 
Wspominając to  - mam ciarki na plecach i jakieś dziwne motylki w brzuchu :) 

Było już dość późno... albo raczej dość wcześnie - więc rodzice oznajmili, że zbieramy się do domu. Rany uwierzcie mi jak ja wtedy chciałam tam jeszcze zostać... Nawet sobie tego nie wyobrażacie.... 

Musieliśmy się pożegnać... i wiedziałam, że już więcej się nie zobaczymy...

Nie powiedziałam Wam o najważniejszym... O czymś co na pewno zaważyło o tym, że kontakt urwał się nam... Mianowicie Tomek miał wtedy 24 lata. Dokładnie tak.... Wyobraźcie sobie co by to było, gdyby trzynastolatka spotykała się z dwudziestoczteroletnim facetem.... No masakra co nie ? :) 

A i co jeszcze !? Nawet nie wymieniliśmy się numerami telefonów... 

Wracając do domu nie mogłam przestać o Nim myśleć... To było niesamowite jak taka gówniara może się tak łatwo zauroczyć...  Postawiłam sobie wtedy za cal nadrzędny, że zdobędę do niego jakiś kontakt  ( tak wiem - kobieta nie powinna tego robić jako pierwsza, ale wybaczcie - byłam młoda i głupia ) i wyobraźcie sobie, że zdobyłam do niego numer komunikatora gadu-gadu. Pisałam raz i drugi ale niestety nie dostałam żadnego odzewu. Oj smutno mi było niesamowicie... Stwierdziłam - no dobra miał do tego prawo, przecież ja jestem tylko głupią gówniarą. Pamiętam, że przez długi czas wpatrywałam się w zdjęcie, które pozostało mi z tego wesela... 

Później dowiedziałam się, że mój wymarzony wyjechał do Irlandii.... 


To jedyne nasze zdjęcie z tamtego wesela. Tomek ma nawet zamknięte oczy :)


Czas mijał, a głupiutka i młodziutka Martynka powoli zapominała o "mężczyźnie z dalekich stron"...

Ja przeżyłam później prawdziwy okres buntu - uważam, że gimnazjum to najgorsze dziadostwo jakie ktokolwiek, kiedykolwiek wymyślił... Rany teraz po latach wiem, że tak naprawdę nie innym, ale sobie robiłam na złość. Wagarowałam, kłamałam, paliłam nawet papierosy... Próbowałam alkoholu, testowałam wytrzymałość moich rodziców.. Kłóciłam się z mamą... a nawet powiem więcej - my się o mały włos nie pozabijałyśmy... Maksymalny bunt  - wszystko jest złe, szkoła zła, nauczyciele źli, rodzice źli. Wszystko złe !  ( Rany jak dobrze, że kontakt z Tomkiem urwał się... Nie chciałabym, żeby mnie wtedy znał...) 

2009 r. 
Gimnazjum skończyło się. Uf co za ulga.... :) 
Moje życie odwróciło się o 180 stopni.. Zdałam egzaminy gimnazjalne i dostałam się do prywatnego KATOLICKIEGO liceum. Uspokoiłam się, znormalniałam.... Dalej darłam koty z mamą, ale już nie w takim znacznym stopniu jak wcześniej.... 

9 październik 2009 r. 

W tym dniu odbyło się wesele mojej drugiej kuzynki. Zaszczyt mnie dopadł i dostałam zaszczytną funkcję druhny. 


Ah wiem - wyglądałam czarująco :)) haha żartuję :) 
Dobra wracając do tematu... 
Na panieńskim mojej kuzynki dowiedziałam się, że druga kuzynka zaprosiła TOMKA jako swoją osobę towarzyszącą !! I będą razem na weselu !! 
Ej wyobraźcie sobie, że wtedy to po mnie spłynęło. Miałam chłopaka ( aczkolwiek nie zabrałam go ze sobą na wesele, ponieważ wyjechał na wakacje ) i chyba już wtedy nie pamiętałam tamtego zauroczenia... 

W dniu wesela miałam niesamowicie dużo zadań do wykonania. Między innymi przypinałam kotyliony wszystkim panom pod domem pani młodej. Chodziłam więc miedzy osobnikami płci przeciwnej aż w końcu dotarłam do kuzynki i mojej dawnej miłości :) Podeszłam i mówię : 
- Cześć Tomek. - pięknie się wtedy do niego uśmiechając. 
- Czeeeść - odpowiedział bardzo niepewnie....
Dalszej części rozmowy nie pamiętam ( to od tego natłoku obowiązków ). 

Po błogosławieństwie okazało się, że ani ja, ani druga druhna nie mamy zorganizowanego transportu do kościoła. Odruchowo więc podeszłam do Tomka i pytam :
- Tooomek, a powiedz mi jesteś samochodem ?
- Tak, a o co chodzi ?
- A masz dwa wolne miejsca..... ?
- Pewnie :) 

No i takim oto sposobem załatwiłam nam transport. Co więcej - wtedy robiłam to bez żadnych podtekstów. Na niczym mi nie zależało - tylko na tym, aby dotrzeć jakoś do kościoła. 

Msza jak to msza. Potem droga na salę ( również z Tomkiem). 
Na sali podczas składania życzeń stałam obok pani młodej i odbierałam wszystkie kwiaty, prezenty i koperty. Kolejka była baaardzo długa, a na jej końcu stał Tomek, który bez przerwy patrzył w moją stronę i uśmiechał się tajemniczo.  Ja uśmiech odwzajemniałam, ponieważ taka moja natura... 
Kiedy w końcu życzenia zakończyły się - Tomek podszedł do mnie i zaczął opowiadać :

- Wiesz, po tym Twoim dzisiejszym powitaniu - zupełnie nie wiedziałem kim jesteś... Zapytałem więc Aśkę - skąd ja Cię znam... ? A ona odpowiedziała - no nie wiesz ? Z wesela Baśki... 
- No wiesz co ? Nie pamiętałeś mnie ? 
- Strasznie się zmieniłaś... 
- E tam wcale nie tak bardzo... 
- Ale wiesz co jest w tym wszystkim najlepsze ? Zupełnie nie mogłem sobie przypomnieć Twojego imienia...  ( w tym momencie załamałam się strasznie - kurcze moja wielka miłość nawet nie zapamiętała mojego imienia.... ) Ale w kościele, wracając z komunii spojrzałem na Ciebie i olśniło mnie - MARTYNKA ! :) 

Postanowiliśmy wtedy, że musimy sobie zatańczyć jak za dawnych lat. Później powędrowaliśmy do swoich stolików na obiadek. Tak się trafiło, że z mojego stolika miałam świetny widok na "moją dawną miłość" - mogłam go bezkarnie podglądać, obserwować itp. 
Po obiadku - jak to zwykle bywa - odbył się pierwszy taniec Państwa Młodych, a później zaproszono do zabawy pozostałych gości. Tak się stało, że osoba towarzysząca Tomka - musiała wyjść. Tomek zatem zaproponował mi, żebyśmy zatańczyli. 

-Ale wiesz... ja nie potrafię tańczyć.... 
-Na pewno sobie poradzisz... 

I wyobraźcie sobie, że przetańczyliśmy większą część wesela. Z moją kuzynką Tomek zatańczył tylko kilka razy. Muszę zaznaczyć, że nie byli parą. Co prawda ona zawsze chciała, ale On nie bardzo :) Wiem, że była na mnie zła - no, bo która by nie była... ? Miała takie prawo... Ale nas tak strasznie do siebie ciągnęło... 





A wiecie co było najciekawsze ?! Zabawa w chusteczkę :) Typowa wiejska zabawa weselna - wiem - ale dzięki niej zrobiło się tak miło :) 
Pierwszy raz, gdy chusteczka przywędrowała do mnie - nie poszłam do Tomka, bo nie chciałam robić jakiś podtekstów i chciałam troszkę Go przetrzymać :) Ale jak chusteczka przywędrowała od mnie po raz drugi to stwierdziłam - A co tam, raz się żyje :) 
I położyłam chusteczkę przed moją "dawną miłością". 
Pocałowaliśmy się w policzek raz. Potem w drugi. I jeszcze raz. I mieliśmy już wstawać, ale oboje przysunęliśmy się do siebie i daliśmy sobie małego delikatnego całuska.... 
Oj musiałam się zarumienić strasznie.... :) 

Tej nocy zrobiłam coś jeszcze... Dotarło do mnie, że ja nic nie czuje do mojego obecnego chłopaka i wyobraźcie sobie - zadzwoniłam do niego i powiedziałam mu o tym. I tak zakończył się mój związek... Byłam więc wolna i nie miałam przeciwwskazań do flirtowania... Bo wcześniej czułam się nieco nie w porządku wobec niego...

Rankiem nie mogliśmy się rozstać, wiedzieliśmy jednak, że spotkamy się jeszcze na poprawinach :) 

Na poprawinach początkowo trzymaliśmy dystans. On chyba większy. W pewnym momencie bałam się nawet, że żałuje tego co działo się dnia poprzedniego.... Ale myliłam się... Potrzebowaliśmy chwilkę, aby znów do siebie zagadać i zatańczyć raz, drugi, piąty, dwudziesty.... 






Czas jednak mijał nieubłagalnie i poprawiny zbliżały się do końca... Uwierzcie mi - byłam przerażona tym faktem. Tak strasznie bałam się kolejnego rozstania. Mając 16 lat - wiedziałam, że uczucie sprzed lat odżyło... Tym razem ani ja, ani Tomek nie pozwoliliśmy sobie na to, aby nie wymienić się numerem telefonu. Na pożegnanie przytulił mnie mocno i dał buziaka w policzek...
Musiał niestety jechać wcześniej niż ja, bo przed nim daleka droga w góry, a rano musiał iść do pracy... 
Minęło może z 20 minut od kiedy pojechał, a ja już tak strasznie za nim tęskniłam... Brzmi banalnie prawda ? 
Niestety nie pamiętam kto pierwszy wysłał smska, ale wiem, że w którymś z kolei napisałam mu, że to wszystko co wydarzyło się przez te dwa dni miało dla mnie ogromne znaczenie i mam nadzieję, że nie potraktuje mnie jak gówniarę i tym razem utrzyma ze mną kontakt...

Wyobraźcie sobie, że przez calutki tydzień pisaliśmy do siebie bez przerwy. To smsy, to telefony, to gadu-gadu, to skype... Wydawało nam się, że znamy się już od wielu wielu lat. Mogliśmy godzinami rozmawiać i nie brakowało nam tematów. Tydzień później przyjechał do mnie ! A wiecie jaki był tego powód ? Zamarzyło mi się góralskich korbocy i oscypka. I przywiózł go specjalnie dla mnie....

Tydzień później znów przyjechał... I tutaj pretekstem było obejrzenie filmu z wesela.... Oglądaliśmy go sobie u mnie w pokoju, a był już wieczór więc było dość ciemno...  Na filmie leciała akurat jakaś romantyczna nutka ( zupełnie nie pamiętam co to było ) i na sali ktoś zgasił światło...Więc i w pokoju zrobiło się tak nastrojowo - wtedy to Tomek pocałował mnie po raz pierwszy... 

I od tamtej pory jeździł już co tydzień ! Co tydzień pokonywał 130 km w jedną stronę, po to, aby mnie zobaczyć, albo żeby zabrać mnie do siebie. Czasami było tak, ze w ciągu jednego weekendu zrobił 4 x 130 km, ponieważ jechał po mnie, zabierał mnie w góry, potem odwoził mnie i wracał się do siebie... 

Jak na nasz związek reagowali najbliżsi ? Różnie. Moi rodzice początkowo byli zaniepokojeni różnicą wieku, ale szybko zrozumieli, że Tomek to odpowiedzialny i dojrzały facet, który nie da mi zrobić krzywdy. Gorzej było z moimi znajomymi ze szkoły... Nie mogli zaakceptować faktu iż związałam się ze starszym od siebie o 11 lat gościem, ale to wszystko zmieniło się, w chwili gdy go poznali. Miało to miejsce na jakiejś klasowej imprezie. Od razu zmienili zdanie na jego temat :) 

Rodzice Tomka to podzielona kwestia. Jego ojciec - od razu mnie polubił. Nadał mi nawet ksywkę - MANDARYNKA ( a to wszystko dlatego, że ile razy Tomek zabierał mnie do siebie, to zjadałam teściowi wszystkie mandarynki i potem już tylko kupował je specjalnie dla mnie ). Z jego mamą było gorzej, ale wybaczcie to nie nadaje się do publikacji (dodam tylko, że sytuacja w miarę unormowała się dopiero po ślubie). 

Nasz związek był bardzo burzliwy. Oboje mamy twarde charaktery. Tomek - góral z krwi i kości, a i ja mam mamę góralkę więc przeszło mi co nieco w genach tej charyzmy... Kłóciliśmy się ale i szybko godziliśmy. Mieliśmy i takie spięcia, po których wydawało się, że się rozejdziemy - ale walczyliśmy o nas. Zależało nam na tym, co tak dzielnie budowaliśmy każdego dnia... A przeciwności było niemało. 

2011r. 

Na mojej 18-nastce wszyscy zakładali się czy Tomek oświadczy mi się czy się nie oświadczy... I ja powiem szczerze, że też na to liczyłam... Niestety pech chciał, że kilka dni przed nią pokłóciliśmy się dość ostro.... I potem okazało się, że Tomek miał taki zamiar, ale z tego zrezygnował. Oj dostało mu się od moich znajomych, którzy tylko na to czekali. 

Ostatecznie zaręczyliśmy się 23 lipca 2011r. Wtedy to moi rodzice poszli na imprezkę imieninową do znajomych, a brat wybył gdzieś z domu, więc miałam wolną chatę. Zaprosiłam więc Tomaszka na kolację. Pamiętam jak dziś - zrobiłam kalafiora w cieście i nasypałam za dużo chili i paliło strasznie... Danie główne to była chińska potrawka - ciut mniej ostra :) 
Zjedliśmy kolacje, w tle leciała sobie muzyczka... Siedzieliśmy sobie i piliśmy bezalkoholowego drineczka - wszelkiego rodzaju owoce zalane brzoskwiniowym Picollo. Kiedy nagle Tomek powiedział, że idzie sobie do auta tylko po telefon, bo czekał na ważny telefon z pracy. Ok - powiedziałam - nie ma problemu.
Siedziałam sobie dalej na wersalce i czekałam aż mój luby wróci... Po kilku minutach Tomek był już z powrotem. Gdy uklęknął przede mną - nie wiedziałam co się dzieje. 

- Bo wiesz... 
- Tak.... ?
- Tak.... ?
- Tak... ?
- Czy zostaniesz moją żoną.... ?
- Taaakkkkk...... ?

Podczas tego jakże obfitującego w słowa dialogu poryczałam się jak bóbr. Byłam w szoku, bo zupełnie nie spodziewałam się tego... Tomek przyznał się, że jak zaprosiłam go dzień wcześniej na kolację, to od razu pojechał po pierścionek - zupełnie bez zastanowienia. Pochwalił się tylko tym co zamierza zrobić swojemu ojcu i nikomu więcej o tym nie mówił. To było niesamowite.... ( Na ustach maluje mi się uśmiech od ucha do ucha, kiedy o tym piszę ) :)

Radość rozrywała chyba wtedy nasze serduszka, bo wpakowaliśmy się w samochód i pojechaliśmy przed siebie... Tak po prostu, aby uwolnić te emocje... Kupiliśmy jeszcze jedno Picollo i jednego prawdziwego szampana i na drugi dzień podczas rodzinnego obiadu oznajmiliśmy moim rodzicom, że się zaręczyliśmy. Oni popłakali się i nie wiedzieli co powiedzieć - wtedy zrozumiałam, że akceptują w pełni nasz związek. 

Prawie od razu zaczęliśmy planowanie wesela. Początkowo wybraliśmy datę 8 sierpnia 2012 jednak zmieniliśmy ją ze względu na wakacyjne korki na zakopiance i tak też zdecydowaliśmy się na 8 września 2012 r. W między czasie kończyłam liceum i zdałam maturę. Przygotowywania były dla mnie swego rodzaju odskocznią od codziennej nauki - czymś co sprawiało mi niesamowitą frajdę i radochę. Zwłaszcza, że ustaliliśmy, że to ja będę poszukiwać najlepsze rozwiązania, a w Tomka kwestii będzie je zaakceptować lub odrzucić :) Taki układ bardzo mi pasował, ponieważ byłam w swoim żywiole - uwielbiam planować i organizować :) Znajomi początkowo byli zaskoczeni, że faktycznie zdecydowaliśmy się na ślub, ale po pewnym czasie zaakceptowali to i większość z nich wspierała mnie w tym... 

2012r. 

I nadszedł długo wyczekiwany dzień.... Miałam wtedy 19 lat, a mój luby 30. :) 



Ten Dzień był najpiękniejszym dniem w naszym życiu... Tyle stresu, moc wzruszeń, ogrom miłości i dużo radości. Był dokładnie taki, jaki sobie wymarzyliśmy... 
Tomek pokonał 130 km zaraz z rana, u mnie odbyło się błogosławieństwo po czym zapakowaliśmy się do samochodu i pojechaliśmy do miejscowości, z której pochodzi mąż i tam odbyła się ceremonia. 
Ślub był piękny... Wszystko stało się piękniejsze dzięki mojemu znajomemu, który swoim śpiewem sprawił, że i gościom łezki z oczu leciały... 
Wszystko było takie niesamowite, jakby zaczarowane...















Po ślubie zamieszkaliśmy w górach, w domu rodzinnym Tomka. Mamy swoje piętro z kuchnią, łazienką i dwoma pokojami. W planach mamy budowę domu... ale jakoś nie możemy się za to zabrać... Ale wiem, że kiedyś nadejdzie i czas na to :)

Od zawsze wiedzieliśmy, że będziemy mieli dzieci... Jedno, dwoje, może nawet troje... Nasze starania rozpoczęliśmy już w noc poślubną.... I tak staraliśmy się przez 8 miesięcy... Baliśmy się już nawet, że któreś z nas nie może mieć dzidziusia... Dostaliśmy zatem skierowanie na badania... 
18 kwietnia mieliśmy wybrać się na badania, jednak Tomek złapał jakieś przeziębienie więc musieliśmy odłożyć je na inny termin.
24 kwietnia spodziewałam się miesiączki... Jednak ona nie pojawiła się - standard pomyślałam.. W końcu co miesiąc miałam wahania dwu dniowe w jedną bądź w drugą stronę. Nie mniej jednak test ciążowy i tak ciągle był w mojej torebce. 
27 kwietnia rano ( to była sobota, ponieważ jechałam na studia) zrobiłam test ciążowy. Okazało się, że wreszcie udało nam się... Na teście pokazały się dwie kreseczki. Byliśmy prze szczęśliwi....
Ciąża została potwierdzona przez ginekologa w poniedziałek 29 kwietnia :)

2 stycznia 2014 r.
Na świat przyszła nasza córeczka - Basia.

Teraz tworzymy RODZINĘ. 
Pełną miłości, radości, szczęśliwą rodzinę.


Uf... to wszystko... 
Jeśli ktoś dotarł do tego miejsca, to serdecznie gratuluję i podziwiam. 
Post ten zaczęłam pisać w dniu wczorajszym, ale dopiero dziś udało mi się go zakończyć. 
Wiadomo nie opisałam wszystkiego, lecz ujęłam najważniejsze momenty z naszego życia. 
Jeśli ktoś będzie miał jakieś pytania - chętnie odpowiem :) 

Jeśli komuś było by mało ( w co wątpię ) to zapraszam do obejrzenia naszego filmiku, który został zaprezentowany na naszym weselu - jako podziękowanie dla rodziców :) 


środa, 26 lutego 2014

Brakło czasu na dłuższy post :)


Dziś kolejny zdjęciowy dzień, ponieważ Basieńka ma dziś dzień tulenia... Tylko rączki i rączki... W sumie takie dni też uwielbiam :) 

Zdjęcia między innymi z wczorajszego dalszego zmagania się z ciężką główką :)





A tak moje dwa skarby odpoczywają po ciężkim dniu :) 


wtorek, 25 lutego 2014

Zdjęciowo :)


Dzisiaj będzie tylko mała fotorelacja z wczorajszego dnia :) 

Ps: Już kilka razy w komentarzach prosiłyście, żebym napisała coś o mojej miłości : ) Jeśli Basieńka pozwoli mamusi posiedzieć przed ekranem, to może jutro pojawi się mały post o tym jak skrzyżowały się nasze - bądź co bądź - odległe drogi :) 

Pozdrawiamy i życzymy miłego dnia :)















poniedziałek, 24 lutego 2014

niedziela, 23 lutego 2014

Dawno nas nie było...

Okropny tydzień. 
Nieprzyjemny czas. 
Płacz i marudzenie. 
Nieprzespana ani minutka w ciągu dnia, ale za to pięknie przespane noce. 


Ale wychodzimy na prostą :) 
Basia powoli odzyskuje siły. Katarek przechodzi, pozostało tylko kichanie. Coraz częściej uśmiecha się, a coraz mniej płacze. Dzielna moja dziewczynka...
Bardzo potrzebuje bliskości. Lekarstwem na całe zło są ręce mamy i taty. 

W piątek byłam pierwszy raz od listopada na studiach. Byłam przerażona tym, że muszę zostawić Baśkę na kilka dobrych godzin. Mała została pod opieką dziadków ( moich rodziców ), a Tomek pojechał ze mną. Sama bałam się wsiąść za kółko, ponieważ dawno nie prowadziłam. Do tego jeszcze to zmęczenie i nie wyobrażam sobie jakbym miała wracać się po zmroku tyle kilometrów. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że uczelnia znajduje się 70 km od mojego miejsca zamieszkania... 
Ale wiecie co ? Strasznie brakowało mi tego... Brakowało mi spotkania z ludźmi, umalowania się i ubrania w coś bardziej eleganckiego niż dresy i rozciągnięta bluzka. Możecie powiedzieć- wyrodna matka, a ja Wam powiem, że ta rozłąka bardzo dobrze nam zrobiła, bo zatęskniłyśmy za sobą i po moim powrocie do domu o wiele większą radość sprawiły nam przytulaski i całuski :) 

Wczoraj natomiast nasze dziecko zrobiło nam taką piękną niespodziankę ! Wyobraźcie sobie, że jak to codziennie wieczorkiem - ułożyłam Basię na brzuszku... a Ona.... 







I to nie była chwilka ! Baśka wytrzymała w tej pozycji dobre kilka minut. Szkoda tylko, że jedyne co miałam pod ręką to był telefon wiec zdjęcia kiepskie... Ale ważne, że są. 
Byliśmy tak zaskoczeni, że na początku nie wiedzieliśmy co powiedzieć. Ale co najlepsze - Basia była chyba w równie wielkim szoku co i my :)  Dopiero, kiedy główka wylądowała na wersalce, to zaczęła się śmiać :) 

Basieńko - rodzice są z Ciebie bardzooo dumni :) 


Z telefonowych ciekawostek : Basia uwielbia dwie zabawki 
- Lwa czyli darmową zabawkę (grzechotkę z lusterkiem) od Fisher Price
- Szeleszcząca książeczka 






Nasza córa w czwartek skończyła 7 tygodni. Rośnie nam to dziecię jak na drożdżach :) 

Pozdrawiamy Was gorąco i życzymy przyjemnej niedzieli :)

poniedziałek, 17 lutego 2014

Relacja, podsumowanie i informacja.




Zupełnie nie miałam pomysłu na tytuł tego postu, bo wiele mam do przekazania. 
Zatem notka będzie zawierać :
- RELACJĘ z wyjazdu
- PODSUMOWANIE poprzedniego postu o mleczarni
- i nieco smutną INFORMACJĘ 


Wyjazd do rodziców był strzałem w dziesiątkę ! Podróż minęła nam bardzo przyjemnie (poza nie małym korkiem - ceperstwo tłumnie nawiedza Podhale..... ). Basia była bardzo grzeczna - w jedną i w drugą stronę spała jak suseł :) Na miejscu też nie miała problemów z zaaklimatyzowaniem się mimo iż pierwszy raz odwiedzała rodzinne strony mamusi. Pierwszy raz Basiulka kąpała się w dużej wannie ! Ale spokojnie nie sama ;) Tatuś siedział w wannie z córeczką, a mamusia pucowała. Mała była zachwycona taką nowością. 

Niestety zdjęć nie mamy wiele, bo mamusia pomyślała o wszystkim - tylko nie o naładowaniu baterii w aparacie...













Informacja niestety nie jest zbyt sympatyczna... Nie udało mi się bowiem ochronić naszej córy przed przeziębieniem... Innymi słowy - zaraziłam ją... ale trudno było tego uniknąć zwłaszcza, ze spędzamy ze sobą 24 godziny na dobę. Basia kicha i kaszle oraz ma silny katarek, który na bieżąco odciągamy ( oj bardzo tego nie lubi... ). Biedulka moja spać nie może i widać, że ją mocno męczy. Na szczęście gorączki brak. Mimo to dziś o 17 mamy wizytę u pani doktor. Po wizycie napiszę jak wygląda sytuacja. 


Podsumowanie poprzedniego posta... No to najtrudniejszy temat, aczkolwiek chcę go ograniczyć do minimum. 
Bardzo dziękuję za tak duży odzew - zupełnie się tego nie spodziewałam. Spotkałam się z wieloma pozytywnymi komentarzami, ale znalazły się też takie których nie opublikowałam, ponieważ uważam, że na moim osobistym blogu nie będzie mnie nikt mieszał z błotem ( znalazły się takie 4 komentarze). Za wszystkie miłe słowa dziękuję - Wasze wsparcie i dobre rady są bardzo pomocne. Po przeczytaniu wszystkich komentarzy miałam mieszane uczucia, lecz po zastanowieniu doszłam do wniosku, że mimo wszystko jestem wspaniałą mamą, ponieważ cały czas walczę o to mleczko. I choćbym miała podawać tylko dwie porcje mojego mleczka to i tak będę z siebie dumna. Aktualnie 5/7 posiłków to moje mleczko, więc na prawdę daję z siebie wszystko co tylko mogę. 
Od kiedy mamy taki system jaki mamy, to i ja i Basia jesteśmy szczęśliwsze. Nie denerwujemy się, nie martwimy. Basia ciągle się uśmiecha i widać, że pasuje jej taki układ.
Jeszcze raz dziękuję za każde słowo wsparcia - dodały mi skrzydeł i wiary we własne możliwości. Dzięki Wam wiem, że mimo iż dokarmiam, to i tak dobra ze mnie mama :) 


EDIT :
Po wizycie u lekarza :
Basia lekko przeziębiona. Gardełko leciutko zaczerwienione.
Nosek mamy płukać wodą morską. Często ściągać katarek. 
Wieczorkiem posmarować kletkę piersiową amolem, aby wygrzać. 
I pani doktor mówi - często się przytulać - to pomaga :)) 

Szczepienie za 2 tygodnie i wtedy będziemy mieli wagę, wzrost i wszystkie inne pomiary.