piątek, 27 czerwca 2014

TELEGRAM.


Kochane mamy STOP
Zdałam egzamin na cztery STOP
Dziękuję za trzymanie kciuków STOP
Z rana wyruszamy na wypoczynek STOP
Odpoczywamy od internetu na odludziu STOP
Zamierzamy się świetnie bawić w cudnym towarzystwie STOP 
Wracamy w środę STOP
Całujemy Was gorąco STOP 

 

czwartek, 26 czerwca 2014

STRES ZŻERA MNIE.


Nie wiem co to się podziało.
W brzuchu ściska, nie mogę sobie znaleźć miejsca, jestem poddenerwowana.
Jak nic - dopadł mnie stres.

Raz, że jutro egzamin, na który (bądźmy szczerzy) przygotowana jestem.... nie najlepiej. Nie jest to taka prosta sprawa, kiedy ma się przy sobie przez cały dzień małe dziecko, które już nie śpi tyle co noworodek, a nawet powiem więcej - potrzebuje sporo uwagi i coraz to nowych atrakcji.W wyniku tego, kiedy mała zasypia, to i ja najchętniej walnęłabym się na łóżko i zmrużyła oczy choć na chwile.
No ale niestety - trzeba się uczyć. Zatem otwieram te notatki, czytam, powtarzam, analizuje. Uf udało mi się zakumać połowę zagadnienia, aż tu nagle z drugiego pokoju dopiega krzyk małej Basi oznajmujący : "Mamo już się wyspałam - zabierz mnie stąd". Więc mama rzuca wszystko i leci w te pędy do córy, bo nie chce, żeby sobie pomyślała, że o niej zapomniałam.

I tak przewijanko, jakieś karmionko, zabawy, śmiechy, chichy, a nauka leży sobie na boczku i cierpliwie czeka. Oj żeby i jutro ta pani profesor była taka cierpliwa i wyrozumiała, to ja bym była zachwycona.
A propo profesorki, to śmiać mi się tylko chce, ponieważ idę do niej na egzamin, a nawet nie wiem jak wygląda, bo nie miałam okazji być u niej na zajęciach, gdyż właśnie wtedy urodziła się Basiulka.
I chyba głównie dlatego tak się stresuje.
Nie wiem czego się spodziewać, nie wiem co to za babka, nie wiem jak będzie wyglądał egzamin, czego może mnie zapytać. Przypuszczam, że przemagluje mnie przez cały materiał, uznając, że miałam pół roku na naukę. Pozostałe studentki miały egzamin pisemny ( nie ukrywam - dość łatwy ) więc co będzie ze mną ? Zobaczymy.
Nie mniej jednak twierdzę iż trója mi wystarczy :)


A co jeszcze wpływa na to, że ścisk w żołądku jest coraz większy ?
Myślę, że zbliżający się wyjazd w Bieszczady. Niby kilka dni, a ja pół mieszkania zabrać ze sobą planuję w myśl zasady, że wszystko może się przydać. Dobra - żartowałam.
Planuję zabrać tylko najpotrzebniejsze rzeczy, ale co z tego wyjdzie to zobaczymy. Muszę przewidzieć każdą możliwość, każdą pogodę czy niepogodę, bo przecież piękną jesień mamy tego lata.
W Bieszczadach byłam.... nie pamiętam kiedy. Ale byłam. Wyglądało to wtedy tak, że był nasz domek i w promieniu tak zwanego łohoho - nie było niczego. Bus jeżdżący z rana z podstawowymi artykułami prosperował jako sklep. Wiadomo - chleb, masło, jakiś pomidor, papier toaletowy, słodycze - no czego chcieć więcej ?
I właśnie mając w głowie tą myśl, że Bieszczady to jednak w dalszym ciągu jakaś odludniona dżungla postanowiłam, że muszę mieć ze sobą absolutnie wszystko. Oczywiście nie twierdzę, że tak jest na pewno, ale mam w głowie ten obraz Bieszczad sprzed lat i wolę się jakoś zabezpieczyć, co by nasza córcia miała co jeść przez ten czas. Dodatkowo znajomy mojego męża, który był tam rok temu z małym dzieckiem poradził nam, żebyśmy sobie zabrali wszelkie pampersy, mleko, czy słoiczki, bo o takie artykuły może być ciężko w tych małych wiejskich sklepikach.

Tak więc, sen z powiek spędza mi fakt iż muszę zapakować nas na ten kilkudniowy wyjazd.
Tylko w sumie nie wiem czemu ja się tak stresuje, bo przecież byliśmy już nie raz poza domem na kilka dni i żadnego problemu nie było...
E tam - na pewno damy sobie radę i tym razem, nie ma co sobie do głowy przybierać, a jednak jakiś stresik jest :)


Dobra Mamuśki - trzymajcie kciuki za egzamin - bardzo Was proszę :) 
Pozdrawiamy Was gorąco. 


Jak dobrze wstać skoro świt :)



Śmiech, który poprawi humor w tak ponury dzień :) 

Mój mały rozkminiacz :* 




środa, 25 czerwca 2014

Wyzwanie - portret dziecka raz w tygodniu, co tydzień :)


25/52
"Z wielkiej miłości.... piękne dzieci się rodzą" 


wtorek, 24 czerwca 2014

JA KONTRA WCZASY.


W sobotę wyjeżdżamy cała rodzinką na mały wypoczynek w Bieszczady. 
Z racji tego i też z innych względów (chęć wybrania się na basen czy nie mieszczenie się w poprzedni strój, bo biust po ciąży zwiększył swój gabaryt) postanowiłam wybrać się do sklepu, żeby zakupić strój kąpielowy.
Wizja tego zakupu była dla mnie oczywista - muszę kupić strój jednoczęściowy.... 

Nie była to dla mnie taka prosta sprawa. Po przymierzałam wiele, aż w końcu kupiłam. Nie jest on idealny, nie jest wymarzony, ale po prostu jest. 

I wiecie wszystko było by w porządku, ale jednak podczas tych zakupów coś do mnie dotarło... 

Nie byłam nigdy typem zgrabnej chudziutkiej dziewczyny. Zawsze miałam troszkę ciałka więcej tu i ówdzie i nigdy mi to nie przeszkadzało. Akceptowałam to i było mi z tym dobrze. 
Po ciąży owszem tego ciałka nieco przybyło. Do tego doszedł problem z tarczycą, który skutecznie powstrzymuje mój organizm przed zrzuceniem zbędnych kilogramów. 
Ale wiecie... To wcale nie jest dla mnie najgorsze. 

W czasie ciąży moje ciało po prostu popękało, porozrywało się.... 
No nie mogę tego inaczej nazwać. 

Brzuszek, uda, boczki, a nawet łydki noszą fioletowe, szerokie nacięcia.
Przyczyniło się do tego także ciążowe opuchnięcie nóg i genetyczne uwarunkowania. 
Nie mniej jednak wstydzę się tego. 

I pomimo iż w zaciszu mojego domu akceptuje je, bo wiem, że są one pamiątką po tym, że moja córcia żyła sobie pod moim sercem, to już poza domem czuje się okropnie. Nie ubieram obcisłych ubrań, bo mam wrażenie, że je po prostu widać. Nie noszę krótkich spodenek czy spódnic, unikam sukienek jak ognia. Chowam się pod szerokimi, workowatymi ubraniami, których nota bene mój mąż nienawidzi, a ja wiem, że nie wyglądam w nich najlepiej, bo po prostu dodają mi optycznie kilogramów. 

I wracając do tematu nieszczęsnego stroju kąpielowego... 
Nie widziałam opcji innej niż zakupienie stroju jednoczęściowego, bo nie wyobrażam sobie, aby narażać kogokolwiek na tak okropny widok. Mimo smarowania ciała w czasie ciąży różnego rodzaju kremami, maściami czy olejkami, nie uchroniłam się przed rozstępami. Teraz smaruje je zaś preparatami na to, aby choć troszeczkę wyblakły, ale niestety nic to nie daje i efektów jak nie było tak nie ma. 
Cóż... Pomimo swojego młodego wieku muszę pogodzić się z tym, że kilogramy kiedyś mogą zniknąć, ale ciało zawsze będzie przypominało grzbiet tygrysa. 
I już nigdy nie pokażę się na plaży z wysoko uniesioną głową - dumna ze swojego wyglądu.

I nie mogę pojąć tego, jak w tak krótkim czasie można tak znienawidzić siebie, swoje ciało. 


Od teraz, choć w workowatych ubraniach, to chodzić będę z wysoko uniesioną głową, bo dumna jestem, że mam tak piękną i wspaniałą córkę. 
 

poniedziałek, 23 czerwca 2014

KOCHANY TATO...


Choć bardzo zapracowany i często padnięty jak mucha, 
to i tak wspaniały z Niego tata. 
Przytula, całuje i rozpieszcza swoją córkę. 
Gdy trzeba to nosi, buja i kołysze. 
Chętnie karmi, kąpie i przewija. 
Uwielbia spędzać wolny czas z córeczką. 

Zakochany do granic możliwości. 
Dumny tato. 

-------------------------------------------------------------

Z okazji Dnia Tatusia przygotowałyśmy z Basiulką małe drobiazgi. 
Nie ważne jest wykonanie - dla Naszego Tatuśka liczy się to, że są zrobione własnoręcznie :) 
Napis na laurce wykonany Basiowymi paluszkami :)
Uśmiech Tatulka i jego zaskoczenie - bezcenne.







Wyzwanie - portret dziecka raz w tygodniu, co tydzień :)


24/52
"Na fioletowej trawce" 


czwartek, 19 czerwca 2014

GÓRALSKI DEBIUT NASZEJ CÓRKI


Jak przystało na prawdziwą góralicę z krwi i kości - nasza córka po raz pierwszy wdziała na siebie stylizowaną sukienkę na dzisiejsze święto. Oczywiście nie sprawiłam jej jeszcze pełnego góralskiego stroju, bo uważam, że na to ma jeszcze duuużo czasu. Nie mniej jednak chciałam, aby już teraz zaczęła nosić ubrania z motywem góralskim. 

Moja mama również góralka, ojciec niestety nie. Śmiejemy się, że teraz po ślubie to góralka ze mnie tak na 3/4 :) 
Ale strój marzył mi się od zawsze, także pierwsze co zrobiliśmy po ślubie to udaliśmy się do krawcowej i mąż mi go sprezentował. I tutaj pojawia się paradoks - Tomek nie ma stroju góralskiego. Dlaczego ? Jest pewnie kilka spraw, które na to wpływają. 
  1. Męski strój jest na serio drogi. Nawet nie będę bawić się w wymienianie kwot, bo nie chce popełnić jakiegoś faux-pas, ale wiem, że może to być kwota nawet kilku tysięcy. 
  2. Mój mąż jest dość wstydliwym człowiekiem, albo raczej nie lubi rzucać się w oczy. A tutaj w naszej miejscowości góralszczyzna nie ma takiego kopa, więc ewidentnie widać wszystkich tych, którzy strój na siebie wdzieją. Na szczęście - ku mojej ogromnej radości - regionalność powoli wraca do łask i z roku na rok można zauważyć coraz to większą liczbę osób w strojach góralskich.
  3. Tomek uważa, że mimo, że mieszka w górach, to nie czuje się w pełni góralem. To już nie ta gwara, nie ten sposób bycia. Może gdyby u niego w domu nosiło się góralskie stroje choć od wielkiego święta, to może wtedy i on miałby to poczucie przynależności to góralskiej nacji. 
Nie mniej jednak, coś mi się wydaje, że wkrótce i mój mężuś odważy się i sprezentuje sobie strój, bo widzę, że bardzo podoba mu się to, że ja chcę rozwijać i kultywować tą tradycję i już od małego zarażam tą pasją naszą kruszynkę :) 

PS
Gdy wyzdajaliśmy się na mszę - zapytałam Tomka :
- I co ? Nie głupio Ci, że my tak ładnie wyglądamy, a Ty nie ?
- No..... głupio nooo..... 
- To co ? Może zdecydujesz się na strój dla siebie ?
- Hm.... 

Tak więc coś mi się wydaje, że nasz tatusiek chyba powoli łapie bakcyla :) 
 

Wracając do tematu - pokażę Wam jak prezentowała się nasza gwiazdeczka, jak i cała nasza rodzinka, podczas Bożego Ciała, oraz jak spędziliśmy popołudnie ( niestety bez męża, który wylądował pod kołderką z herbatą i aspiryną, bo go zaczęła choroba zbierać.... - zdrowiej nam kochany :* )



 


Rodzinka w komplecie :) 




Z babcią Ewą :) 

Zabawy z przeziębionym tatuśkiem na odległość :) 


Basieńka z dziadkami ( moimi rodzicami ) 

Moja super star :*


I love you śmieszku :*



 



środa, 18 czerwca 2014

PROJEKT PIERWSZA ŁYŻECZKA


Czas projektu dobiegł końca. 
Myślę, że czas najwyższy zakończyć opisywanie Basiowego zmagania się z posiłkami. Myślę, że najważniejsze mamy już za sobą. 

Wprowadziliśmy podstawowe warzywa i owoce, zaprzyjaźniliśmy się z kaszkami ryżowymi i kleikiem kukurydzianym, zaczęliśmy podawać gluten, aż w końcu wczoraj nasza córcia po raz pierwszy zjadła mięsko. 


Aktualnie mamy w swoim  menu :
  • marchew
  • dynię
  • ziemniaczka
  • jabłko
  • banana
  • śliwkę
  • zielony groszek
  • szpinak ( jednak nie do końca zaakceptowany )
  • kalafior
  • brokuł 
  • gruszkę 
  • kaszki ryżowe
  • kleik kukurydziany 
  • indyczka
  • chrupki kukurydziane
  • biszkopciki

Muszę zaznaczyć, że nasza córcia je praktycznie wszystko z takim samym apetytem. A mama tylko kombinuje i przygotowuje coraz to nowe przysmaki dla swojej córy. Mieszamy różne smaki, tworzymy nowe połączenia - wszystko po to, aby nasza córcia poznawała różne posiłki.
Staram się powoli wprowadzać nowe smaki, mieszać te już poznane, obserwować reakcje córci, niż wprowadzić jej wszystko na raz, a później mieć problem z rozpoznaniem ewentualnego winowajcy.  Twierdzę, że mamy dużo czasu i nie musimy się z niczym śpieszyć :)


Ukochanym warzywkiem jest brokuł, a owockiem jabłko. 

Basia nie zapałała miłością do szpinaku i do banana ( aczkolwiek tego drugiego od czasu do czasu zje).
Mała dalej uwielbia kaszkę ryżową o smaku malinowym - je ją z taką radością, że aż miło patrzeć. 

Myślę, że od czasu do czasu wrócę do projektu, aby pokazać jak rozwija się Basiowe menu, albo jak wyglądają codzienne posiłki, ale nie będzie to już tak często jak do tej pory.

Na koniec pochwalimy się, z jakim apetytem Basia zjadła wczoraj przygotowaną przez mamusię potrawkę z mięskiem ( indyczek, kalafior, zielony groszek, marchewka i ziemniaczek ). Strasznie cieszę się, że mała nie ma żadnych problemów z jedzeniem zwłaszcza, że ostatnio spotkałam się z przypadkiem dziecka, które ma 14 miesięcy i praktycznie nie je nic ( w związku z tym dalej nie chodzi, a co więcej nawet nie próbuje ). 

Tak więc córciu jedz i rośnij zdrowo ! :*



Wyzwanie - portret dziecka raz w tygodniu, co tydzień :)


23/52
"Małe is­tnienie, które zmieniło mo­je życie mając za­led­wie kil­ka mi­limetrów" 


poniedziałek, 16 czerwca 2014

NASZ SPOSÓB NA PICIE.


Nigdy o tym nie wspominałam, bo chyba nie było ku temu okazji, ale mamy z Basieńką mały problem... Hm... tylko właśnie czy ten problem jest faktycznie taki mały ? Nie sądzę..

Ale o co właściwie chodzi ?
Chodzi o to, że nasza myszka nie potrafi pić. Czy to woda, czy soczek, czy herbatka - przy wszystkim się dławi, krztusi i pluje. I nie pomaga inny smoczek i nie pomaga zmniejszenie liczby dziurek w nim. Poprostu wszystko co ma inną (rzadszą) konsystencję niż mleczko jest bee.

A jak sobie z tym radzić skoro temperatura za oknem jest tak wysoka ? No nie jest to prosta sprawa, bo musimy podawać Basi picie za pomocą łyżeczki, bo tylko w taki sposób wyląduje ono w buzi, a nie poza nią. I nie ukrywam - jest to dość uciążliwe, bo zawsze musimy mieć przy sobie łyżeczkę, bo nigdy nie wiadomo kiedy naszej Myszce będzie trzeba podać coś do picia.

Długo myślałam nad tym jak moglibyśmy rozwiązać ten problem aż w końcu postanowiłam zakupić kubek niekapek :)
I tak oto nasza Basieńka od wczoraj raczy się napojami prosto z kubeczka. Mała jest zachwycona, bo może sama kombinować z trzymaniem kubka, a ja w końcu jestem spokojna o jej odpowiednie nawodnienie. 

Zdecydowałam się na model firmy chicco. Dlaczego ? Zupełnie przez przypadek :)
Byłam bowiem na zakupach w sklepie z artykułami dziecięcymi i płacąc już za nie przy kasie zobaczyłam kubeczek na promocji i po prostu go wzięłam :)
Zaryzykowałam i opłaciło się to :)

A tak to nasza kruszynka dzielnie radzi sobie z kubeczkiem 




A jak wy radzicie sobie z podawaniem picia swoim dzieciakom ? 
Czy tak samo jak my - mieliście problem z podawaniem picia prosto z butelki ? 


Pozdrawiamy Was gorąco 

Napojona Basia i Góralska mama :) 

piątek, 13 czerwca 2014

PROJEKT PIERWSZA ŁYŻECZKA


Piszę dzisiejszego posta, jako odpowiedź na Wasze pytania te w komentarzach i te mailowe :*
Chcę pokazać jak aktualnie wygląda sprawa naszego żywienia.
Dodam iż wszystko co robię podyktowane jest wyłącznie matczyną intuicją i żaden ze mnie specjalista w tej kwestii, więc oczywiście mogę się mylić :) 


Tak więc sprawa wygląda następująco. 

7:00 - mleczko 160 ml
10:00 - mleczko 150 ml + łyżka kaszki ryżowej bezsmakowej ( tego nigdy w całości nie zjada, zostaje około 20 - 30 ml )
13:00 - obiadek 150 ml ( to co ugotuję z poznanych już składników ) 
15:00 - mleko 160 ml 
18:00 - deserek 60 ml + mleko 100 ml 
21:30 - mleko na dobranoc 180 ml 

Aktualnie zatem nasza córa zjada około 750 ml mleka. Wydaje mi się, że to troszkę dużo, ale no nic - z tym jeszcze muszę pokombinować :) 

Oczywiście jest to przedstawione plus minus, bo nie zawsze Basia zje tyle mleczka ile jej przygotuje. Często zamiast deserku dostaje około 100-120 ml kaszki mleczno ryżowej o smaku malinowym i wtedy już nie podaje mleka.
Jeśli chodzi o godziny to również nie trzymamy się ściśle grafika, tylko dostosowuje posiłki do potrzeb mojej córy. 
Przez ostatnie upały mała zupełnie rezygnowała z jednego posiłku ( mleczka około godziny 10:00 ).

Jeśli chodzi o gluten, to dopiero od dwóch dni podaje go Basi. Ugotowałam kaszkę mannę według przepisu na opakowaniu i dodałam po łyżeczce do obiadku. Póki co nic niepokojącego nie zaobserwowałam i oby tak pozostało. 

Mięska jeszcze nie podawałam, ale myślę, że w niedzielę lub w poniedziałek córa dostanie do obiadku kawałeczek indyczka :) 

Generalnie staram się sama gotować dla mojej córci, ale przyznam się szczerze, że czasami idę na łatwiznę i podaje córci słoiczek  - zwłaszcza jeśli chodzi o deserki ( jabłko z dynią czy bananka ). 
Jestem zupełnie jak najbardziej za słoiczkami i nikogo krytykować za nie nie będę :) 
Nie wiem tylko czy zdecydowałabym się podać Basi słoiczek zawierający jakieś mięsko ( bo czy tam właściwie jest mięsko to nie wiem :D ) 


Dodam jeszcze, że do Basiowej diety wskoczyły nowe składniki :
  • Gruszka 
  • Zielony groszek  
Na oba zareagowała dość optymistycznie. Aczkolwiek po groszku miała malutkie problemy z wypróżnieniem ( ale na pomoc przyszło jabłko i śliwka - oba działają cuda w naszym przypadku ).

Co wprowadzimy następnie ?
Zdecydowałam się na mięsko i pietruszkę lub kalarepkę. 
 

 Pierwsza łyżeczka gruszki

Pierwsza łyżeczka groszku podanego z marchewką. 


Ps: Mam nadzieję, że dość wyczerpująco odpowiedziałam na Wasze pytania. W razie wątpliwości piszcie - postaram się doradzić na tyle na ile będę potrafiła.

BLOG MA ROK - CZYLI WYNIKI ROZDAWAJKI


Wiecie co ? 
Jestem pod wrażeniem. Jestem tak niesamowicie dumna sama z siebie. 
Jestem dumna z tego, że przy moim słomianym zapale udało mi się już rok prowadzić tego mojego bloga. 

Początkowo miało być to takie moje maleńkie miejsce w sieci, w którym będę mogła opisywać wszystkie radości i smutki związane z ciążą, porodem i macierzyństwem. Z czasem jednak zauważyłam, że blog daje mi ogromne możliwości. Mogę dowiedzieć się wielu przydatnych informacji, mogę podpatrzeć jak daną rzecz robią inne mamy, aż wreszcie mogę poznać wiele tak fascynujących osób, które nie są wymyślone czy jakieś nierealne. Są to kobiety, które są tak samo jak ja matkami. I nie ważny jest wiek, nie ważne są inne pasje czy zainteresowania. Ważne jest, że one tak samo jak ja zmagają się z codziennością związaną z wychowaniem dziecka. 
A ta codzienność często nie jest łatwa. Zdarzają się problemy, niepewności.... A ja wiem, że zawsze mogę liczyć na Wasze wsparcie i za to Wam bardzo dziękuję :*

Prowadzenie bloga zmieniło we mnie coś jeszcze - stałam się bardziej pewna siebie. 
Wiecie, początkowo obawiałam się jak to będzie, gdy maluszek pojawi się już na świecie. Bałam się, że sobie nie poradzę, że to wszystko mnie po prostu przerośnie. Jednak możliwość podpatrzenia, że inne mamy świetnie dają sobie radę zmobilizowało mnie do tego, żeby uwierzyć w siebie, uwierzyć w swoje możliwości, uwierzyć w swój instynkt macierzyński. Teraz wiem, że jestem świetną matką, bo staram się ze wszystkich sił, aby mojej córeczce niczego nie brakowało. Staram się robić wszystko jak najlepiej. I pomimo zdarzających się wpadek, to i tak wiem, że dobra ze mnie mama :) 

Chcę też w tym miejscu podziękować Wam. 
Gdyby nie Wy, to nie było by chyba tego miejsca. To Wy dajecie mi siłę i mobilizujecie do działania. To Wy wspieracie i doradzacie w chwilach zwątpienia. 
Dziękuję za wszystkie wiadomości, za wszystkie maile i za każdy komentarz.  :*

Po tej krótkiej refleksji pora na ogłoszenie wyników rocznicowej ROZDAWAJKI.
Nadesłanych prac było niewiele, ale za to jakie wspaniałe. Dziękujemy za wszystkie zgłoszenia zwłaszcza, że trzeba było się bardziej wysilić niż tylko napisać kilka słów w komentarzu :) 

Zatem przedstawiam wszystkie nadesłane prace : 



Szczypta i jej córcia Lulcia.


Ewa i jej synek Michałek.


Justyna i uśmiechy jej córci Julci.


Uśmiechnięta Małgosia - córcia Emilki.

Ola i synek Philippek.

Zgłosiła się też Asia z Zosieńką.

Mandarynka z uśmiechniętym Michałkiem.

Tissana i uśmiechnięta Julcia.


Film przedstawiający radosną Vivien nadesłała Joanna.


Marta wysłała uśmiech małej Natalki.


Dotarł także film od Ewiczki przedstawiający śmiejącego się Stefka ale niestety nie mogę go tu wkleić ( a przyczyny niestety nie znam) więc wklejam linka. 




------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Jak widzicie wybór był niezwykle trudny. Wszystkie te uśmiechy są takie prawdziwe, radosne i piękne. Gdybym tylko mogła to z chęcią nagrodziłabym wszystkie.

Jednak jedna praca od razu podbiła moje serce. A jest to.... 

Filmik nadesłany przez Joannę przedstawiający śmiejącą się Vivien :*



Na szczęście mogę wybrać jeszcze jedną pracę. I miałam okropny dylemat, na którą się zdecydować, nie mniej jednak  wybrałam :
Zdjęcie uśmiechniętej Małgosi - córci Emilki :) 




Obie mamy proszę o kontakt mailowy. 
A wszystkim dziękuję za udział w zabawie :* 


I  życzę sobie, aby mój zapał twórczy nie skończył się zbyt prędko i żebym pisała tak jeszcze minimum przez najbliższy rok :)