czwartek, 26 lutego 2015

DOBROWOLNY URLOP.


W tytule dzisiejszego postu chodzi oczywiście o urlop od blogowania...
Wiecie ostatnio mam kiepski czas. 
Brak słońca bardzo daje mi się we znaki. Chodzę ciągle rozdrażniona, brak mi optymizmu czy chęci do działania. Jestem wiecznie zmęczona i szybko się denerwuję. 
Na widok białego koloru dostaje nerwicy - tak, dziś znów sypie śnieg. A wczorajszy deszcz tak dobrze już wróżył, że przyjdzie upragniona wiosna. 

Mój obecny stan bardzo negatywnie wpływa na moje samozadowolenie. Nie czuję się spełniona, wydaje mi się, że przez to wszystko zaczynam być kiepską matką, a tego najbardziej w świecie bym nie chciała... 
Moje samopoczucie nie może odbijać się na moim dziecku, tak więc muszę zrobić wszystko, aby dać jej tyle ciepła ile potrafię... Albo raczej tyle, ile jeszcze we mnie zostało... Ona musi czuć, że jest bezpieczna. Szczególnie teraz - gdy wychodzą jej kolejne czwórki i jest okropnie marudna, a po nocach ma problemy ze spaniem...

Tak więc postanowiłam, że póki co odpuszczę sobie prowadzenie bloga. 
Niemniej jednak - zastanawiam się nad jego całkowitym usunięciem... 
Brak mi już pomysłów na nowe, ciekawe posty, brak weny twórczej i po części też brak czasu. Zajmowanie się rocznym dzieckiem to już nie byle co. Trzeba mieć oczy dookoła głowy, milion pomysłów, morze kreatywności. 
Nie wiem już o czym pisać, by Was zainteresować. Bo o ile uważam to miejsce za mój osobisty pamiętnik, to tworzę go jednak także dla Was. A jaki ma sens pisanie tak na prawdę o niczym ?

Chciałabym Wam serdecznie podziękować za wszystkie maile, które otrzymuję w ostatnim czasie. Strasznie miło jest mi z tą myślą, że ktoś martwi się moją nieobecnością. Od razu na sercu ciepło się robi na samą myśl, że znalazł się na świecie ktoś, kto poświęcił kilka minut na napisanie do mnie maila. Bardzo, ale to bardzo dziękuję :*

Najbliższy czas poświęcę troszkę na siebie. Muszę zrobić szereg badań i wybrać się do kilku lekarzy. Jest to coś czego bardzo nie lubię, ale cóż - mus to mus. 

Kochani jeszcze raz z całego serducha Wam dziękuję za to, że jesteście z nami. 
Czy wrócimy ? Tego jeszcze nie wiem. 

Pozdrawiamy Was gorąco 
Góralska mama i Basia.

 

poniedziałek, 23 lutego 2015

NALOT Z RANA.


Zwlekłyśmy się z Basią z łóżka, gdzieś w granicach 8:00. Przebrałam ją, po czym podreptałyśmy do kuchni w celu przygotowania porannego mleczka, gdyż dziecko moje już stanowczo ogłaszało, iż jest głodne - wołając "am-am".
Jako, iż wyrodną matką nie jestem - przygotowałam Basi mleczko i odstawiłam ją do łóżeczka, żeby sobie w spokoju je spożyła. Sama w tym czasie postanowiłam się nieco ogarnąć. Umyłam zęby, przebrałam się w podomowe ubrania, włączyłam wodę na herbatę, wyjęłam Baśkę z łóżeczka i słyszę "ding-dong" - dzwonek do drzwi. 

Cholera - pomyślałam - co tak wcześnie ten kurier ? Przecież ja nawet nie zdążyłam się jeszcze nawet uczesać. No trudno. Najwyżej pomyśli, że dziecko nie dało mi w nocy spać :) 
Oderwałam Baśkę od zabawek, włożyłam jej czapę na głowę i poszłyśmy odebrać przesyłkę, której się spodziewałam. 
Otwieram drzwi, patrzę i nie wierzę. Godzina 8:35. Moim oczom ukazuje się pielęgniarka środowiskowa. 

O fuck.  Moje myśli od razu skupiły się na poniedzielnym bałaganie w całym mieszkaniu ( nie wiem jak wy, ale ja w niedzielę sprzątać nie lubię ), stercie czekającego w kolejce prania, całej górze garów etc. Potem chwilkę skupiłam się na tym jak wyglądam ja, ale szybko uświadomiłam sobie, że najważniejsze, że zdążyłam Basię przebrać i ona przynajmniej wygląda schludnie. 

- Dzień dobry. Przyszłam odwiedzić Basię, bo przecież skończyła już roczek. 
- A tak - prawie dwa miesiące temu - zapraszam. 

Weszłyśmy do mieszkania i zatrzymałyśmy się w korytarzu. Basia od razu wyczaiła chyba sytuację, bo postanowiła naszego intruza przetrzymać w tym miejscu jak najdłużej. Pokazywała wszystko, tańczyła, śpiewała. Mistrz, nie dziecko - pomyślałam, a duma mnie rozpierała.
Pielęgniarka w miedzy czasie wypytywała o Basię, o jej rozwój, umiejętności, obserwowała jak chodzi i jak mówi. Wszystko to bardzo mi odpowiadało, bo przynajmniej dowiedziałam się, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, tylko musimy obserwować ciemiączko, bo jednak jest jeszcze dość duże. 


Stwierdziłam, że wybiorę najmniejsze zło i chciałam zaprosić ową panią do sypialni, gdzie miejsce ma łóżeczko Basi, przewijak i część jej zabawek. Gdy córa moja była malutka, to właśnie tam odbyło się spotkanie z pielęgniarką, gdyż wtedy oglądała ona Basię z każdej strony.  Jednak pielęgniarka podziękowała za zaproszenie, zapytała jeszcze tylko o męża, czy widuje się z Basią, po czym oznajmiła, że już pójdzie. 

Z jednej strony ulżyło mi, że to już koniec kontroli i tej strasznie niezręcznej sytuacji, ale z drugiej strony pomyślałam, że mimo wszystko - zawiedziona jestem. 

Zakładam, że celem takowej wizyty jest sprawdzenie warunków bytowych dziecka, ale także jego stanu fizycznego. Zatem wydaje mi się, że jeśli już taka wizyta ma miejsce, to powinna polegać jednak na sprawdzeniu w jakim stanie jest dziecko - obejrzenie go z każdej strony czy przypadkiem nie posiada siniaków czy otarć, czy jest czyste i zadbane,  czy nie ma pupki odparzonej  itp. Przecież czasami pewnych rzeczy nie widać na pierwszy rzut oka. A tymczasem mam wrażenie, że wizyta została tylko odbębniona, byle by być, zobaczyć i uciekać. I żadnych pretensji o to, że pielęgniarka wpadła bez zapowiedzi - nie mam, lecz o to jak owa wizyta wyglądała.

A co jeśli taka wizyta będzie miała miejsce w rodzinie, gdzie dziecko jest bite czy zaniedbywane ? Tyle teraz się słyszy o tych bitych i katowanych dzieciach, a przecież często takie wizyty mogłyby zapobiegać takim sytuacjom. 
Bo o ile bałagan może zdarzyć się w każdej, nawet najbardziej perfekcyjnej rodzinie, to często bitego dziecka nie poznamy przez pierwszy rzut oka na buzię, zazwyczaj trzeba zaglądnąć pod ubranko, gdyż właśnie tam najczęściej kryją się ślady pobicia... 

Ja tylko jestem ciekawa czy wszystkie te patronażowe wizyty wyglądają w taki sposób jak u nas ? 
Czy może jednak w innych miejscach w Polsce dzieci są dokładnie oglądane z każdej strony ?
Jak to jest u Was drogie mamy ?



" Uff. Poszła sobie... " 
 


Pozdrawiam 
Góralska mama.
 

niedziela, 22 lutego 2015

ODWIEDZINY.


Dużo się u nas ostatnio dzieje i niestety zaniedbuję troszkę bloga, ale musicie mi to wybaczyć. 
Tydzień temu miałam dość poważny egzamin na studiach i spędzał mi on sen z powiek. Zaraz po napisaniu go postanowiłam, że muszę nieco zregenerować siły i poświęcić więcej czasu mojej córci, którą również nieco zaniedbałam przygotowując się do egzaminu.  

Piękna pogoda i zbliżająca się nowa pora roku powodują, że rodzi się w człowieku chęć odświeżenia wizerunku. A, że i u mnie taka chęć się zrodziła, to postanowiłam wybrać się na kilka dni do moich rodziców. 
Zapragnęłam odświeżyć swój kolor włosów, a właśnie tutaj - w mojej rodzinnej miejscowości - mam swojego zaufanego fryzjera, do którego chodzę od lat. I tak właśnie Basia została z dziadkami, a mama poszła się zrelaksować. 

Miałyśmy też okazję odwiedzić moją przyjaciółkę, która wybiera się do nas już prawie od roku i wybrać się nie może... <Tak Paulinko - o Tobie mowa ! > Mam jednak nadzieję, że wkrótce nas odwiedzi. Miałyśmy też w planach spotkania z innymi moimi znajomymi, ale niestety większość z nich wciąż ma sesję na studiach i egzaminy i poprawki uniemożliwiły nam spotkania. Ale nic straconego - nadrobimy następnym razem. 

Miałam w planach też odświeżenie wizerunku mojej córci - chcieliśmy przebić jej uszka. Wybraliśmy się nawet do pani kosmetyczki, lecz wyszliśmy jednak z niczym. Basia była tak zainteresowana nowym miejscem, że nie było szans na to, aby usiedziała na miejscu. Szybko więc odpuściłam, bo wiem, że trzymanie jej na siłę nie wchodzi w ogóle w grę. Zatem zakładanie kolczyków poczeka, aż Basia sama zapragnie je mieć. 
Jakoś w ogóle nie miałam parcia na to, że musi je mieć już. I tak oto - sama zadecydowała, a ja jestem z niej dumna :) 

Wiecie, fajnie tak wyrwać się od czasu do czasu z domu, odpocząć od garów i odkurzacza, zregenerować siły i zatęsknić za mężem. 
Rany... 
Jak strasznie można stęsknić się za własnym mężem w ciągu zaledwie pięciu dni ! 
Nie wiem jak Wam - ale mi takie wypady zawsze wychodzą na dobre.Wracam do domu  z naładowanymi bateriami i z nowymi chęciami do działania.

Dziś wybraliśmy się całą rodzinką w kolejne odwiedziny - pojechaliśmy do prababci naszej córci i do kuzynki męża. Babcia była zachwycona, że ją odwiedziliśmy, a u kuzynki Basia miała raj, bo ma ona dwie córeczki, które chętnie bawiły się z nasza pannicą. 

Post strasznie chaotyczny - tak wiem, ale jakoś chciałam Wam w skrócie opisać co się u nas dzieje. Postaramy się już teraz być tutaj na bieżąco. 
A poniżej kilka zdjęć z ostatniego czasu :) 








I totalny hit - uśmiech naszego bobasa ! <3 




Góralska mama.

poniedziałek, 16 lutego 2015

MAMA W KUCHNI.



Mam dziś dla Was świetny pomysł na delikatny obiadek dla całej rodziny. Dziś serwujemy zupkę rybną.


Zupkę tą po raz pierwszy jedliśmy w tym roku na Wigilii u moich rodziców. Przepis zatem pochodzi od mojej mamy, lecz delikatnie go zmodyfikowałam dodając koperek, który jeszcze bardziej wzbogacił jej smak.Wykonanie jest ekspresowe i bardzo łatwe. 

Basia była zachwycona zupką, więc mam nadzieję, że i Waszym dzieciakom zasmakuje :) 



ZUPA RYBNA Z ŁOSOSIEM

Składniki :
  • 2 marchewki
  • pietruszka 
  • kawałek selera
  • mały por
  • 2 duże ziemniaki
  • 2 liście laurowe
  • kilka ziaren ziela angielskiego 
  • filet z łososia ( u mnie 350 g )
  • koperek 
  • 2 łyżki kaszki manny lub kaszki kukurydzianej 

1. Ugotować wywar warzywny ( z marchewek, pietruszki i selera). Dodać ziele angielskie i liście laurowe.
2. Gdy marchew będzie miękka - wyjąć ją i pokroić w dużą kostkę. 
3. Ziemniaki obrać i również pokroić w kostkę, dodać do zupy.
4. Pora pokroić w półplastry i dodać do zupy.
5. Po 5 minutach dodać do zupy łososia pokrojonego w kostkę ( marchewka, ziemniak i ryba muszą być mniej więcej w jednakowej wielkości, ryba nie może być za drobno pokrojona, gdyż podczas gotowania może się rozpaść ) i 2 łyżki kaszy manny lub kaszki kukurydzianej dla delikatnego zagęszczenia.
6. Gotować około 15 - 20 minut.
7. W miedzy czasie doprawić do smaku ( odrobina solu ziołowej i pieprzu ).
8. Pod koniec gotowania dodać pokrojony koperek. 

* Naszą część doprawiam mocniej, ale tak, aby nie zabić delikatnego smaku ryby. 
** Polecam łososia z Biedronki - Łosoś norweski, świeży filet z firmy Marinero. 



PS : Zupełnie nie radzę sobie z fotografowaniem posiłków. Zdjęcia są bardzo kiepskie i w zasadzie nie wiem jak mogłabym to zmienić. Chyba czas najwyższy poczytać co nie co na ten temat :) Póki co - wybaczcie :)


Góralska mama. 

piątek, 13 lutego 2015

NOWE POKŁADY ENERGII.


Czy Wy też macie takie wrażenie, że wielkimi krokami zbliża się wiosna ?
Słońce, dodatnie temperatury, topiący się śnieg, delikatny wiaterek - rany, aż chce się żyć !
Przez te ponure dni miałam wrażenie, że łapie mnie jakaś depresja. Nie miałam już na nic sił. Zero mobilizacji, zero chęci do działania. Ciągłe zmęczenie i poddenerwowanie. Taki chodzący, a raczej człapiący smutas. 

A teraz ?!
A teraz od samego rana pierwsze promienie słoneczne wkradają się do mieszkania. A ja z ogromną przyjemnością zrywam się na równe nogi i aż tańczyć się chce i śpiewać. Włączam radio i bujamy się z córą w rytm muzyki. 

Potem sprzątanie - które nie robi na mnie żadnego wrażenia. Robię to nawet z lekką nutą przyjemności. 
Harce i zabawy z Baśką, wygłupy, przytulasy, śmiechy i chichy. Wszystko sprawia mi taką radość. 
Gotowanie, pranie, wieszanie, prasowanie, po raz enty sprzątanie porozrzucanych zabawek - ze wszystkim daje sobie radę. 

Obowiązkowo wychodzimy na polko. Niestety dłuższe spacery sobie odpuszczamy, bo straszna chlapa na drogach i ciężko byłoby podróżować wózkiem, a na sanki nie ma już warunków. Ale to nic - wychodzimy na taras, Basia biega jak szalona, a ja wystawiam buźkę do słońca i rozkoszuję się myślą, że wkrótce ujrzę piękną zieloną trawkę i cudne kolorowe kwiaty. I usłyszę ten piękny śpiew ptaków i będziemy mogły całymi dniami spacerować, a ja będę pokazywać jej każdy listek, każdy kamyk i każde źdźbło trawki. 

O rany dziewczyny - na serio chce mi się żyć ! 




  








Góralska mama.

środa, 11 lutego 2015

NOWY SMAKOŁYK.


Pamiętam jak dziś, że w ciąży na widok czekolady brało mnie na mdłości.
Już nie wspominając o tym co było, gdy tylko poczułam jej zapach... 
Uf. Zapomnieć !

W ciąży natomiast ciągnęło mnie niesłychanie do wszystkiego co kwaśne. 
Żelki, mandarynki, soki pomarańczowe, ogórki kiszone, kwaśnica i cytryna. 
Tak cytryna. 
Potrafiłam pokroić ją sobie na plasterki i jeść nawet bez cukru. Mniam !

I to właśnie cytryna natchnęła mnie do dzisiejszego postu :)
Jak się pewnie domyślacie - postanowiłam dać mojej pierworodnej do spróbowania soczystą, kwaśną cytrynkę. Zastanawiacie się jaka była jej reakcja ? Nakręciłam na pamiątkę krótki filmik :) 

Jej kwaśna minka była tylko tymczasowa, później nie można było jej oderwać od cytrynki. :) 
Jednak smak tego co jemy w ciąży - ma faktycznie jakieś znaczenie na smaki naszych dzieci - Basi bowiem bardzo smakują pomarańcze, mandarynki, a także ogórkowa czy kapuśniak :) 




Góralska mama.

wtorek, 10 lutego 2015

MAMA W KUCHNI.


Dziś kolejny post, który zostanie umieszczony w zakładce "Mama w kuchni".
Postanowiłam, że napiszę Wam kilka słów na temat naszych śniadań. 

Do pewnego czasu Basia jadła na śniadania tylko kaszki i kleiki. Wybierałam jej pomiędzy kleikiem kukurydzianym, kleikiem ryżowym, a kaszką manną. Codziennie inna, z innymi owocami - tak by była urozmaicona. 
Jednak od jakiegoś już czasu Basia zajada się bardziej dorosłymi posiłkami, wiec i śniadania muszą być bardziej urozmaicone.

Zaczęło się niewinnie od jogurtu, potem doszła jajecznica, kanapki czy tosty. Od czasu do czasu Basia je na śniadanko wędzoną rybkę czy pastę jajeczną. Ze dwa razy w tygodniu wciąż jednak pojawia się jakaś kaszka, gdyż Basia bardzo je lubi i nie chcę z nich rezygnować całkowicie. 

I o ile przepisów na rybkę, kanapki czy tosty pokazywać Wam nie muszę, to postanowiłam, że przedstawię Wam mój przepis na pastę jajeczną.  I choć w internecie mnóstwo przepisów na taką pastę, to tą akurat Basia sobie wyjątkowo upodobała.



PASTA JAJECZNA Z SZYNKĄ  
  • 3 jaja
  • 2 plasterki szynki drobiowej
  • 2-3 łyżeczki jogurtu naturalnego 
  • 2 łyżeczki drobno pokrojonego szczypiorku 
1. Jaja ugotować na twardo. Ostudzić, obrać i pokroić w drobną kosteczkę.Wrzucić do miseczki.
2. Szynkę pokroić w drobną kosteczkę. Dodać do jajka.
3. Do miseczki dodać jogurt naturalny i szczypiorek. Dokładnie wymieszać. 

* Odkładam część Basi, a do pozostałej pasty dokładam łyżeczkę majonezu i doprawiam solą ziołową i pieprzem - i tak oto mamuśka też ma śniadanko. 
** Czasami dodatkowo blenduję pastę, gdyż Basia woli bardziej kremową konsystencję. Ale z taką nieblendowaną też sobie dobrze radzi. 
*** Pastą smaruję kanapkę i kroję ją w kosteczkę - dzięki czemu Basia zjada śniadanko sama, a mama może w tym czasie umyć naczynia lub zrobić sobie poranną herbatkę  :)








Góralska mama.

poniedziałek, 9 lutego 2015

SZCZOTKA, PASTA, KUBEK, CIEPŁA WODA - CZYLI O ZĄBKACH SŁÓW KILKA.


Z ząbkowaniem naszego dziecka szczególnych problemów nie było nigdy ( odpukać szybko w niemalowane! ). Owszem pojawiał się dający się we znaki ból dziąseł - kiedy to nasza myszka tarła je niemiłosiernie. Często też wychodzeniu kolejnych ząbków towarzyszy przejściowy katarek. Nie mieliśmy jednak do czynienia ( i oby tak już pozostało ) z gorączkowaniem. 

W ostatnim czasie jednak wyżynają się Basi górne czwórki i powiem Wam szczerze, że to jest  dla nas niezła przeprawa... Basia jest bowiem cholernie marudna. Uwierzcie mi - nigdy taka nie była. Całymi dniami mruczy, krzywi się, trze dziąsełka. Spać nie może, zabawa jej nie interesuje. Nie płacze, ale strasznie marudzi. Chce tylko, abym poświęcała jej całą swoją uwagę. Nie daj Boże, żebym odeszła choć na kilka kroków, bo od razu jest pisk, złość i marudzenie. 
Wiem, że musimy jakoś to przetrwać, że ząbki nie będą wychodzić wiecznie, ale uwierzcie mi - jestem wykończona. 
Już nie wiem jak sobie z tym wszystkim radzić...

Ale teraz wróćmy do ząbków. 
Kiedy w buźce naszej córy pojawiła się pierwsza biała perełka postanowiłam, że będę zapisywać datę każdego wyżynającego się ząbka. Długo myślałam w jakiej formie miałoby to być, jak wyglądać, aż w końcu znalazłam taką fajną planszę, na której wpisuje się tylko daty. 
Później zamierzam wydrukować planszę i wrzucić ją do pudełka skarbów naszej córci. 

Aktualnie w buźce Basia ma 10 ząbków. 
Początkowo to dolne ząbki wychodziły szybciej, ale później to górne złapały przewagę.  Zazwyczaj jednak ząbki wychodzą Jej parami, poza jednym wyjątkiem (lewa dolna dwójka miała dwumiesięczne opóźnienie względem prawej ). 



Jak już wspomniałam Basia ma już 10 ząbków. Od kilku miesięcy Basia szczotkuje te swoje perełki sumiennie rano i wieczorem. Początkowo używaliśmy do tego tylko szczoteczki zwilżonej wodą, lecz od pewnego czasu Basia używa pasty Elmex. Jest ona przeznaczona dla dzieci w od 0-6 lat. 
Aczkolwiek drogie mamy jeśli możecie mi jakąś pastę polecić, to byłabym wdzięczna :) 





Szczotkowanie perełek, to dla Basi istna frajda. Szoruje ząbki z ogromnym namaszczeniem. Zazwyczaj robimy to wspólnie i bardzo ciekawi ją to, że po myciu zębów wypluwam pianę. I co jest ciekawe - próbuje mnie ostatnio naśladować  ( wyobrażacie sobie plujące dziecko ?? :D ). 

Mam tylko nadzieję, że córa odziedziczy uzębienie po tatusiu, który zęby ma strasznie twarde i porządne. Póki co niestety na to się nie zapowiada, ale kto wie - wszystko może się jeszcze zmienić. 

A tymczasem jestem z niej bardzo dumna, że tak chętnie i z taką radością dba o swoje ząbki :)






Aha no tak - mam różową łazienkę i strasznie nad tym ubolewam... Ale to nie mój wybór, lecz pozostałości po poprzednim pokoleniu :) 
Zaczynamy rozważać opcję remontową, ale co z tego wyjdzie - zobaczymy :) 



Góralska mama.  

niedziela, 8 lutego 2015

TAKA LENIWA NIEDZIELA.


Dopadł nas leń. 
Oj straszny leń...

Za oknem biało. Zawierucha na całego. Ani wyjść na spacer, a tym bardziej na sanki. Jakieś tymczasowe zamulenie organizmu.Siedzimy sobie w ciepłym mieszkanku i odpoczywamy. 
Ja, On i Ona. Wszyscy w komplecie. Cała rodzinka.

Basia rozrzuca po salonie klocki, ale kto by się tym przejmował... A niech się dziecko bawi - posprzątamy jutro. 
I tak leżymy sobie, przytulamy się, wygłupiamy, odpoczywamy. Może to wszystko takie mało kreatywne, ale to nie jest dla mnie dzisiaj zmartwieniem. 
Bo najważniejsze moi kochani to to, że jesteśmy razem. 
Ja, On i Ona. Wszyscy w komplecie. Cała rodzinka. 

I mimo, iż nie mówimy zbyt wiele, bo nawet Basia ma dziś melancholijny nastrój, to jest mi dobrze, wyjątkowo dobrze.  Takie milczenie też jest człowiekowi potrzebne, aby wyciszyć się czy przemyśleć coś... Czasami wystarczy czuły gest, uśmiech czy przytulenie, a słowa są zbędne. Taki gest czasami mówi więcej niż tysiąc słów. 
Więc przytulamy się dzisiaj dużo, wręcz bardzo dużo. 
Ja, On i Ona. Wszyscy w komplecie. Cała rodzinka. 

I pomimo całego milczenia - uśmiechamy się bez przerwy. A to Baśka coś wymyśli, albo On coś mi dokuczy, albo w telewizji coś śmiesznego pokażą. W sumie powodów do radości nam nie brakuje - przecież jesteśmy razem. 
Ja, On i Ona. Wszyscy w komplecie. Cała rodzinka. 

Cudowne są te nasz wspólne niedziele, kiedy to nie muszę jechać na studia i spędzamy czas tak jak tylko chcemy. Czy to aktywnie, czy to leniwie, czy w terenie, czy w domowym zaciszu. To wszystko nie ma znaczenia, bo jesteśmy wtedy razem. 
Ja, On i Ona. Wszyscy w komplecie. Cała rodzinka. 









 
Leniwa Góralska mama.

sobota, 7 lutego 2015

OT TAKI DZIEŃ.


Kilka dni temu padła decyzja - "musimy się koniecznie spotkać !". 
Ustaliłyśmy, że zobaczymy się w piątek. 

Rano zebrałyśmy więc z Baśką swoje manatki i wybrałyśmy się w małą podróż. 
Po kilku minutach trasy Basia już spała, a mama słuchając radia podróżowała dalej w milczeniu. Po godzinie byłyśmy na miejscu. Przywitanie i szybka decyzja, że lecimy na plac zabaw. 
Tam spędziłyśmy duuużo czasu. Śmiechy, chichy, gadanie. Cisza ? A w życiu ! 
Tematów do rozmów mamy zawsze pod dostatkiem. 
Potem obiad, wspólne zakupy i pościgi za naszymi dziewczynkami. Oj mają one już niezłego powera ! 

Niestety czas spędzony wspólnie mija nam niestety zawsze, ale to zawsze za szybko. Ani się obejrzymy, a jest już późny wieczór i musimy zbierać się i wracać do domów. 
Tak więc szybkie pożegnanie ( bo długich to ja zdecydowanie nie lubię ) i rozeszłyśmy się każda w swoją stronę. 
I mimo ogromnej radości po tak świetnie spędzonym dniu, to w sercu powstaje jakaś iskierka smutku i goryczy, bo dlaczego wszystko co dobre tak szybko się kończy ?

Zapakowałam Basię do fotelika, wózek do bagażnika, zapięłam pasy i w drogę. Po kilku minutach Basia zasnęła - po takiej ilości wrażeń - wcale jej się nie dziwię. Więc mama ponownie słuchając radia podróżowała dalej w milczeniu. Ale tym razem był to czas ogromnych przemyśleń...

Bo jednak jest możliwa przyjaźń, która powstała w internecie - a zawsze w to wątpiłam.
Bo jak to możliwe, że zupełnie obca osoba może w tak krótkim czasie stać Ci się tak bardzo bliska ?
Bo czemu dzieje się tak, że starzy przyjaciele nas tak bardzo zaniedbują, gdy wyjdziemy za mąż czy urodzimy dziecko ?
Czy tylko inna matka może być przyjaciółką matki ?
Czy te niedzieciate myślą, że ze mną można gadać tylko o kupkach, nocnikowaniu i o innych okołodzieciowych rzeczach ?

I tak oto milion myśli chodziło mi po głowie, więc trasa zleciała niesłychanie szybko. 
I powiem Wam na koniec jedno - Asia i Zosia, to świetne dziewczyny są i jestem bardzo szczęśliwa, że nasza znajomość przerodziła się w taką fajną przyjaźń ! 

Takich przyjaciół to ze świecą szukać ! <3













Nasze laleczki. 
I tekst roku, który mnie rozwalił : "Ale one są podobne !"
No dobra - ale gdzie ?? :))



"Patrz Zośka jakie ciacho tam idzie ! "




Zadumana Baśka :)



Pamiątkowa fotka musi być :)


"Masz Basiu - podzielę się z Tobą "





Najcudowniejsze panienki <3






Dziękuję dziewczyny - w imieniu swoim i Baśki - za cudowny dzień ! 
Oby takich jak najwięcej ! <3



Góralska mama.