niedziela, 29 marca 2015

THE END.


Piszę tego posta, bo winna Wam jestem wyjaśnienia.
Zablokowałam bloga, gdyż stała się bardzo niemiła sytuacja. 
Moje przemyślenia związane z macierzyństwem stały się przedmiotem w rękach innych ludzi, którzy przekręcili coś na moją niekorzyść.

Pisząc tego bloga czułam się mega spełniona, bo wiedziałam, że wielu osobom pomagam. 
Czułam się wspaniale, bo wiedziałam, że Baśka będzie miała rewelacyjną pamiątkę.
To było moje hobby, moja pasja.... 
Wszystko zniszczyło się jak domek z kart.... 

Przykro mi strasznie, ale to co sprawiało mi radość - stało się moją porażką. 
Ze łzami w oczach - zakończyć muszę moją działalność blogową... 

Być może powrócę, ale pod inną nazwą i pod innym adresem. 
Kiedy i czy w ogóle - nie wiem... 
Swojego bloga przez jakiś czas usuwać nie będę, gdyż uważam, że nic złego nie zrobiłam.

Dziękuję wszystkim tym, którzy byli tutaj ze mną. Tym którzy pisali komentarze i maile, a także tym anonimowym czytelnikom, którzy wiernie powracali na mojego bloga mimo, iż nigdy się nie ujawnili. To dzięki Wam powstało tak wiele postów - motywowaliście mnie do pisania i strasznie jestem Wam za to wdzięczna. 

Będzie mi tego cholernie brakować. 
Będę za Wami cholernie tęsknić. 

Na Wasze blogi powracać będę - anonimowo. Nie zrezygnuję ze śledzenia Waszych losów.... 


Pozdrawiam Was niezwykle gorąco. 
Trzymajcie się !
Góralska mama. 


czwartek, 26 marca 2015

TOWARZYSKIE DZIECKO.


Basia od samego początku bardzo lubiła towarzystwo innych ludzi. Najlepiej jej się spało, gdy w domu było gwarno. Gdy odwiedzali nas znajomi czy rodzina, to Ona leżała sobie w swoim foteliku i zupełnie nie przeszkadzały jej nasze śmiechy czy rozmowy. Nigdy też nie miała żadnego problemu, gdy ktoś chciał ją wziąć na ręce - nawet ktoś kogo widziała pierwszy raz w życiu.  Zawsze oglądała wszystkich z niesłabnącą ciekawością - tak jakby próbowała zapamiętać każdy szczegół. Rączką błądziła po twarzy swojego nowego towarzysza i nierzadko uśmiechała się tajemniczo. 

Wraz z rozwojem motorycznym i intelektualnym - wzrastała w niej chęć poznawania świata. Stała się wtedy jeszcze bardziej towarzyska i chętna do zawierania nowych znajomości. Na widok dziecka - piszczała i piszczy radośnie do tej pory. I nie ważne czy to dzidziuś w książeczce, w gazecie, na banerze reklamowym czy na ulicy. Zawsze na jej twarzy pojawia się wtedy taki promienny uśmiech i ogromna chęć dotknięcia swojego obiektu uniesienia lub chociażby zbliżenia się do niego. 

Niestety wraz z moją przeprowadzką związane jest to, że utraciłam wielu bliskich mi osób, które posiadają już dzieci. Tutaj nie znam za wiele osób, a te które są mi już znane - zazwyczaj nie posiadają jeszcze swoich pociech. Niestety wiąże się to z tym, ze Basia nie ma możliwości na co dzień spotykać się z innymi dziećmi. Od czasu do czasu może pobawić się z trzyletnią Nadią lub młodszą o zaledwie 5 dni Zosią, ale nie oszukujmy się - jest to niezwykle rzadkie doświadczenie. Niemniej jednak, mimo iż nie ma  częstego kontaktu z innymi dziećmi, to i tak bardzo dobrze radzi sobie w ich towarzystwie. Jest zawsze chętna do zabawy, potrafi bardzo długo obserwować inne dziecko czy próbować się z nim zaprzyjaźnić. Podaje im wtedy jakieś zabawki, uśmiecha się, próbuje przytulić czy pogłaskać. Jest w tym wszystkim tak urocza, że mi serce goreje, bo moje dziecko jest tak bardzo towarzyskie - a to na pewno po mamusi :) 

Tak się dzisiaj zastanawiałam jak to będzie, gdy moja córa pójdzie do przedszkola. Czy za półtora roku będzie równie towarzyska ? Czy może zmieni się na szaloną indywidualistkę ? Czy dalej będzie taka radosna ? Czym będzie się interesować ? Kim będzie chciała zostać w przyszłości ? Czy dalej będzie chciała chłonąć świat z tak niesłabnącą ciekawością ? Czy będzie duszą towarzystwa czy raczej będzie stała z boku ? Z kim będzie się przyjaźnić ? 

Rany tyle pytań.... 
Ale na odpowiedzi będziemy musieli jeszcze troszkę sobie poczekać. Póki co - chcę cieszyć się jej dzieciństwem i tym naszym wspólnym czasem. Teraz czas na nasze wspólne odkrywanie świata, a na wszystko inne- przyjdzie jeszcze czas :)




A poniżej kilka zdjęć z wczorajszego spotkania z Asią i Zosią. 
Niestety było szybko, ale wykorzystaliśmy czas maksymalnie :)



Zastanawiałyśmy się też, czy te nasze aniołki kiedyś będą chciały się przyjaźnić ?
One są zupełnie inne, różnią się niebywale, ale mówią przecież, że przeciwieństwa się przyciągają...






Jest i Zośka chodząca swoimi własnymi ścieżkami...


Basia bardzo chciała dać buziaka Zosi, ale ta wolała ją przytulać :)






Ale spokojnie córciu - mamuśka da Ci tyle całusów ile będziesz chciała...
....i sto więcej !




Góralska mama.


wtorek, 24 marca 2015

KASKADERKA.


W miniony poniedziałek przypadła mi jakże urocza wizyta w Urzędzie Pracy. Zebrałam się więc przed południem, Baśkę zostawiłam z dziadkami ( a moimi teściami ) i pojechałam. Przy okazji odwiedziłam bibliotekę i zrobiłam małe zakupy. Nie było mnie w domu dobre 3 godziny. 
Po tym czasie wróciłam do domu i poszłam odebrać moje pierworodne dziecię. Wchodzę do kuchni, w której panuje półmrok, bo znajduje się w suterynach, cieszę się na widok biegnącego do mnie dziecka, lecz w pewnym momencie coś skupiło mój wzrok. 
Jeden punkt. 
Oko. 
W jednym momencie zrobiłam się blada ze strachu i zielona ze złości. Bo jak mogli nie upilnować ?! We dwoje ?! Jednego dziecka ?! 
Dziadkowie przerażeni. Widzę, że próbują się tłumaczyć. Czują się winni. Boją się mojej reakcji.
Ja oglądam oko z każdej strony. Wygląda kiepsko, ale jest całe.
Będzie śliwa jak nic. 

Widząc zmartwionych teściów, postanowiłam troszkę odpuścić i pokazać im, że nie jestem bardzo zła, aczkolwiek, że martwi mnie okropnie to co się stało. Mówię, że każdemu może się zdarzyć, ale żeby jednak bardziej na nią uważali. 
Mają pilnować jak oka w głowie ! Żeby włos jej z głowy nie spadł ! Bo to skarb mój największy i najcenniejszy. Dzięki Bogu, że tylko tak to się skończyło.

I tak oto córeczka nasza wygląda jak dziecko wojny. Po lewej stronie czoła dwa siniaki ( nabite już wcześniej ), a prawe oko podbite. Rany oby takie sytuacje zdarzały się jak najrzadziej, albo najlepiej niech nie zdarzają się wcale !









A jutro - cudowny dzień ! 
Jedziemy na spotkanie z moją kochaną blogową przyjaciółką :*
Spodziewajcie się relacji :) 

Góralska mama. 

niedziela, 22 marca 2015

NOWY CZŁONEK GÓRALSKIEJ RODZINY.


Cześć i czołem !
Śpieszę Wam z radosną nowiną - w naszej rodzinie rozgościł się nowy osobnik. 
I nie nie - tym razem nie jest to istotka ludzka, lecz równie wyczekiwana i wytęskniona czworonożna psina. 

Półtora roku temu, gdy Basia rosła jeszcze pod moim serduchem - pożegnaliśmy Filipka - wiernego towarzysza domu mojego męża. Był to wspaniały pies i bardzo długo nie mogliśmy zdecydować się, aby jego miejsce zajął inny pies. Ale stało się. Przyszła sobota i postanowiliśmy wybrać się z mężem do schroniska. 
Chodząc między alejkami wydaje mi się, że oboje myśleliśmy o naszym poprzednim psiaku. Chyba cały czas porównywaliśmy wszystkie do niego.... Po obejściu całego schroniska, z setki psów wybraliśmy trzy. Później obeszliśmy raz jeszcze i skupiliśmy się tylko na tych wybranych. Jednego odrzuciliśmy, drugiego teoretycznie też. Mąż skupił się tylko i wyłącznie na jednym - dużej, około dwuletniej, wesołej, nieszczekającej suczce i cały czas próbował mnie do niej przekonać. Ja jednak twardo upierałam się, że jest ona stanowczo za duża zwłaszcza, ze mamy w domu małą Baśkę. Ale... 
No właśnie ale... Wybrane przeze mnie psiaki w ostateczności nie przekonywały mnie. Jeden był za spokojny, a drugi miał w oku taką niepewność... A widząc jak mąż uśmiecha się do wybranej przez niego suczki, to aż w serduszku mnie ścisnęło i postanowiłam, że dam jej szansę. 
Podeszłam do kojca i powiedziałam jej, żeby podała łapę, a ona wystawiła ją przez kraty i położyła na mojej ręce. Dodałam tylko stanowczo, że ma być grzeczna i ma dbać o naszą Basię i jeśli zrobi jej krzywdę to będzie miała ze mną do czynienia.
I tak oto chwilę później trzymałam w ręce smycz i wielkiego psiaka i zastanawiałam się co ja wyprawiam. 

Gdy zapakowaliśmy ją do bagażnika, to patrząc na nią stwierdziłam, że będzie nazywać się ALBA. Mąż zaakceptował i tak już zostało. 
Po drodze do domu kupiliśmy jej nowe miski, smycz, karmę i smakołyki. A ja z każdą minutą lubiłam ją coraz bardziej. Te jej wdzięczne oczęta chyba zmiękczyły moje serducho. 

Alba to niezwykle pogodne psisko. Ogonek merda jej bez przerwy, ale potrafi tez dać głos. Na mnie i męża reaguje wyjątkową radością. Je z ręki, czasami poda łapę, uwielbia wodę. na szczęście w schronisku spędziła tylko dwa miesiące. Jest zadbana, zaszczepiona i wysterylizowana. Myślę, że wkrótce się u nas zadomowi i będzie się czuła jak u siebie.
 
Pierwszej nocy - bawiła się rewelacyjnie. Rozerwała worek z plastikami i śmieci rozwaliła po całym podwórku i wytarzała w błocie świeżo wyprane dywaniki teściowej. Ale to młody gówniarz jeszcze więc pośmialiśmy się i wszystko poszło w zapomnienie. Jeszcze się wszystkiego nauczy ! 
Dzisiaj zabraliśmy ją na pierwszy spacer po okolicy. Całkiem nieźle radzi sobie na smyczy i stara się nie ciągnąć za mocno, ale różnie jej to wychodzi. Myślę, że i to opanujemy z czasem do perfekcji.
 
A jak na nowego domownika zareagowała Baśka ?
No cóż - początkowo była mocno speszona całą sytuacją. Alba jest duża i szybka więc póki co Basia była lekko zszokowana. Gdy pierwszy raz zaszczekała, to Basia popłakała się, bo się wystraszyła. Z każdą godziną było jednak coraz lepiej i nic tylko siedziałaby w oknie i patrzyła na piesia. Dziś byliśmy wszyscy razem na spacerze i wydaje mi się, że Basia zaczyna się do niej przyzwyczajać. Już nie denerwuje się, gdy Alba jest za blisko, a nawet sama chciałaby do niej podejść. Myślę, że jakiś czas oswoją się ze sobą i polubią się :)

Przed Albą druga noc na naszym podwórku. Wkrótce północ, a ona smacznie śpi, a nie skomli tak jak wczorajszego wieczora. Oby tak już pozostało :)



Dzisiejszy wspólny spacer. 


Buzi ? :)

 


Czyż nie jest cudna ? 
 





Góralska mama.
 

sobota, 21 marca 2015

MAMA W KUCHNI.


Dzisiejszy post po raz kolejny z serii - znalezione na dysku.
Zostało mi z obiadu sporo ugotowanych ziemniaków. A z racji, iż staram się jedzenie nie marnować, to szybko przeszukałam zapisane przepisy, czy przypadkiem nie znajdzie się jakiś na kluski ziemniaczane.
I BINGO !
Znalazłam przepis na kluski leniwe. Zrobiłam szybki rekonesans lodówkowo - spiżarniowy i po stwierdzeniu, iż niczego nie brakuje - przystąpiłam do działania.
Danie poniższe nadaje się spokojnie i na obiad i na podwieczorek.
POLECAM !



KLUSKI LENIWE


  • 500 g ugotowanych ziemniaków
  • 200 g mąki pszennej 
  • 1,5 łyżki mąki ziemniaczanej
  • 250 g twarogu 
  • 2 jaja
1. Ugotowane i wystudzone ziemniaki przecisnąć przez praskę lub rozgnieść ubijaczką do ziemniaków. 
2. Do ziemniaków dodać dobrze rozdrobniony twaróg.
3. Następnie dodać jaja, obie mąki i wyrabiać ciasto ręką (ciasto nie powinno kleić się do ręki - w razie potrzeby dodać mąki ). 
4. Następnie odrywać po kawałku ciasta i formować rulonik. Następnie delikatnie go spłaszczyć i kroić pod skosem. 
5. Kluski gotować w lekko osolonej wodzie. Wrzucać partiami na wrzątek, poczekać do wypłynięcia i gotować jeszcze 4 minuty. NIE MIESZAĆ ! 

* Kluski Basia jadła posypane cynamonem i owocami ( brzoskwiniami i bananami ). 
** My z mężem postawiliśmy na tradycyjne rozwiązanie czyli masełko, cukier i cynamon. 
*** Jeśli kluski zostaną nam na drugi dzień - doskonale sprawdzą się odgrzewane na patelni na odrobinie masełka. 




Po co jeść widelcem skoro można palcami ?  
 

Czekaj mama, czekaj.... Po co był ten widelec ? :) 
 


Góralska mama.

czwartek, 19 marca 2015

STUDIUJĄCA MATKA.



Jak pewnie już wiecie  - studiuję pedagogikę zaocznie. 
Zaraz po maturze wyszłam za mąż, lecz pewne było, że studiować i tak będę. 
I tak oto wylądowałam na Uniwersytecie Pedagogicznym w fili w Myślenicach ( prawie 80 km dojazdu ).

Na pierwszym roku dowiedziałam się, że pod serduchem rozwija mi się mały szkrab. Miałam pewne problemy zdrowotne w ciąży i nie mogłam dojeżdżać na wszystkie zajęcia, lecz z pomocą koleżanek z roku - jakoś dotrwałam do porodu. Po porodzie bardzo rzadko bywałam na uczelni, ale starałam się jednak ze wszystkim być na bieżąco, nadrabiać wszelkie zaległości i na czas oddawać wszelkie prace. 
Wtedy też niestety zawiodłam się na koleżankach, które wcześniej mi pomagały. Nie były one już tak chętne do pomocy, nie odpisywały na smsy, nie odbierały telefonu. Nie pisały już co mamy przygotować na zaliczenia, a wręcz czułam się, że po prostu mnie ignorują. Wydaje mi się, że to wszystko przez to, że nie byłam na wszystkich zajęciach i nie jeździły ze mną samochodem - musiały sobie radzić same. Ale czy to wystarczający powód, żeby kogoś tak z dnia na dzień olać ? 
Ale nie ważne - ja tu nie o tym.

Dotrwałam do trzeciego roku studiów. 
Udało mi się nawiązać kontakt z pewną cudowną duszyczką, która z miłą chęcią pomagała mi i chętnie udzielała odpowiedzi na nurtujące mnie pytania I tak od słowa do słowa, aż zaprzyjaźniłyśmy się i teraz mamy ze sobą świetny kontakt. Nie wiem czym sobie na to zasłużyłam, ale i teraz mogę zawsze liczyć na jej pomoc. Nie wiem czy czyta mnie - czy tylko od czasu do czasu tu zagląda, ale chcę jej za wszystko podziękować - takiej dobrej duszy to ze świecą szukać ! <3

Trzeci rok studiów okazał się dla mnie bardzo trudny. 
Basia stała się bardziej mobilna, wymaga więcej mojej uwagi i zainteresowania. Stąd też wszelka nauka czy pisanie prac są zdecydowanie trudniejsze. Pech jednak większy, iż wypada mi w tym roku obrona licencjacka, a praca póki co daleko w lesie ( pominę fakt, iż do maja pracę muszę oddać.... ).
Zwaliło mi się na głowę okropnie dużo prac, egzaminów i zaliczeń. Na drugim roku były totalne luzy, a teraz jak na złość okropnie dużo tego wszystkiego. 
I przyznam się szczerze - nie radzę sobie...

Prace bieżące staram się pisać podczas, gdy Basia ucina sobie drzemki w ciągu dnia, ale wychodzi to z różnym skutkiem, gdyż ja potrzebuję usiąść i skupić się, a nie pisać z doskoku, bo wtedy często pracom brakuje sensu i spójności. 
Pozostaje mi więc pisanie wieczorami i po nocach, ale wtedy jestem tak bardzo zmęczona po całym dniu, że nie mogę się na niczym skupić, a jedyne o czym marze to ciepłe łóżko i sen...

Dlaczego o tym wszystkim piszę ? 
Nie wiem.
Chyba poczułam nagłą chęć wyrzucenia z siebie tego, że jest mi w ostatnim czasie cholernie trudno. Niestety coraz bardziej uświadamiam sobie, że jest realna szansa, że nie zdążę oddać pracy licencjackiej do maja. 
Wiem też, że jeśli jakimś cudem uda mi się przystąpić do obrony i co najważniejsze - uda mi się zdobyć tytuł licencjata, to najprawdopodobniej zrobię sobie przerwę i nie pójdę od razu na magisterkę. 


Jednak z drugiej strony jest kilka pozytywnych aspektów łączenia studiów i macierzyństwa. Do pewnego czasu zastanawiałam się nawet czy na magisterce nie postaramy się o rodzeństwo dla Basi :) 
No choćby to, że jadąc na zajęcia - odrywam się od codzienności. Łapię dystans, spotykam innych ludzi, czasami wyskoczę ze znajomymi na pizze czy zakupy, a co najważniejsze - mam szansę zatęsknić za córeczką. Wtedy jeszcze bardziej doceniam to, jaki skarb posiadam. 
Albo to, że nie marnuję czasu. Mogłabym iść na studia dopiero, gdy Basia pójdzie do przedszkola. Owszem - mogłabym, ale teraz nie pracuję, więc jest czas na zdobycie wykształcenia. Gdy Basia wyląduje w przedszkolu, to ja pewnie będę chciała szukać pracy, a bez wykształcenia w dzisiejszych czasach - bądźmy szczerzy - jestem nikim. 

I choć tyle narzekam, to i tak jestem z siebie cholernie dumna. Daję radę - jakoś, bo jakoś, ale daję radę - a to dla mnie cholernie motywujące :) 



A gdy za oknem wiosna, to nie mam sumienia trzymać dziecka w czterech ścianach. 
I lecimy na spacer łapać słoneczne promienie.




Przerwa na ciepłą herbatkę - obowiązkowa. 
 



I przerwa na wafelka też musi się pojawić. 
Swoja drogą - wydaje mi się, że Basia uważa, że spacer bez wafelka jest niezaliczony  :)
 

Zdjęcie z serii :
"Patrz mama - dzidziuś tam idzie ! "
I ten jakże uroczy kosz w tle.
 

"Ale jak to idziemy już do domku ? "



Zestresowana studentka.
Matka polka.
Góralska mama.

poniedziałek, 16 marca 2015

GDY MAMA POTRZEBUJE KILKU MINUT DLA SIEBIE...


No właśnie - każda z nas potrzebuje czasami poświęcić kilka minut na swoje obowiązki. 
Umycie zębów, ogarnięcie włosowego nieładu, zrobienie szybkiego make'upa, umycie naczyń, obranie ziemniaków, sprawdzenie poczty i inne wyjątkowo ważne w danej chwili czynności. Tylko jak to zrobić, gdy jesteśmy matkami, a nasze dzieci akurat wtedy, w tym momencie wymagają wyjątkowo naszej uwagi ? 
Myślę, że każda z nas - matek ma swoje własne, przetestowane sposoby na swojego szkraba. Niemniej jednak przedstawię Wam w tym poście metody, które sprawdzają się przy mojej - czternastomiesięcznej Basi. 

Basia jest dzieckiem zazwyczaj dość spokojnym, ale nie lubi się nudzić. Często potrafi zająć się sama sobą, ale zazwyczaj NIE wtedy, kiedy ja muszę coś zrobić. 
Muszę ją wtedy po prostu na szybko czymś zainteresować czy najzwyczajniej w świecie ją przekupić. 

Post ten nie jest dedykowany matkom, które mają słabe nerwy i są przeciwniczkami zwyczajnego przekupywania dzieci od czasu do czasu, aby mieć momencik na własne potrzeby. 

Jako, że matką jestem zwyczajną i posiadam zwyczajne przyziemne potrzeby, to muszę sobie jakoś radzić i tak oto stosuję takie metody jak: 

1. Znalezienie na szybko jakiejś interesującej zabawki. Czy to książeczka, czy lala, czy klocki - nie ważne. Każda z tych rzeczy daje rade na kilka minut. Lecz nie oszukujmy się - gdy mama robi coś niezwykle ciekawego ( nakłada na gębusie puder czy obiera ziemniaki ), to oczywiste jest, że dziecko nie będzie interesowało się zabawką tylko oczywiście pędzelkiem czy obierkami. Wtedy trzeba uciekać się do innych metod. 

2. Poproszenie brzdąca o znalezienie jakiejś rzeczy. Najlepiej, aby ta rzecz była w innym pomieszczeniu i dość głęboko schowana, lecz na tyle, aby nasz szkrab poradził sobie jednak z jej znalezieniem. Bardzo ważne jest, aby nasze dziecko wiedziało dokładnie o co nam chodzi. U nas najczęściej występujące prośby to : " Przynieś lale", "Gdzie masz misia ?", "Włącz muzykę", "Idź poszukaj, gdzie jest piciu". To przykładowe zwroty, które najczęściej działają na naszą Basię. 

3. Czytanie książeczek. Tak - czytanie. Nasza Basia robi to perfekcyjnie. Siada z książeczką i wydaje tak rewelacyjne dźwięki, jakby faktycznie ją czytała. Zazwyczaj wygląda to tak, że Basia otwiera książeczkę i proszę ją, aby coś w niej znalazła. Kotek, piesek, kwiatek, dzidziuś, włoski, oko, nos, brzuszek, butla, słonik, krowa, konik, słonko, ptaszek, piłka, autko. Cokolwiek. Byle by wiedziała czego ma dokładnie szukać. Mamy kilka książeczek, w których Basia chętnie szuka różnych rzeczy, więc dają one rade na dłuższą chwilkę. Musimy jednak być czujni i zerkać na to co pokazuje nasze dziecko !

4. Podanie przekąski. Najlepiej takiej, za jaką dziecko najbardziej przepada. U nas królują wafelki, chrupki kukurydziane, andruty, czy bułka albo rogalik. Wszystkie te rzeczy zdecydowanie zajmują nasze dziecko na dobre kilkanaście minut. Do tej metody staram się jednak uciekać dość rzadko, niemniej jednak - gdy potrzebuję kilku minut dla siebie, a inne nie działają, to nie waham się  jej użyć. 

5. A teraz przed Wami najbardziej nieedukacyjna metoda jaką znam. Aczkolwiek zdarza mi się jej użyć. Włączenie dziecku bajki, teledysku czy reklam. Oczywiście największym hitem u nas są reklamy, a bajki jakoś jej nie interesują, ale czasami potrafią zająć na momencik. Gdy chodzi jednak o reklamy, to nasze dziecko będzie stało jak wmurowane przez cały czas ich trwania. Ja nie wiem co w nich jest... Tej metody używam tylko i wyłącznie w krytycznych sytuacjach, gdy inne nie działają, a ja muszę koniecznie coś w danej chwili zrobić. 

6.  Ważne jest ustalenie jakiegoś planu dnia. I tak oto najczęściej myję naczynia, kiedy Basia je samodzielnie śniadanko. Mam wtedy na to dość dużo czasu, gdyż Basia je dość powoli i ostrożnie. Odkurzam, gdy Mała jest po drzemce, gdyż jest wypoczęta i niezwykle zainteresowana buczącym sprzętem. Ząbki myjemy w tym samym czasie ( z tym, że Basia zazwyczaj kilka minut dłużej, bo nie da sobie zabrać szczoteczki, więc mam kilka dodatkowych minut na poranne ogarniecie buzi czy włosów. Basia wie zazwyczaj co kiedy będziemy robić, codzienne czynności wykonujemy raczej o tej samej porze. W naszym przypadku ład ten i porządek w planie dnia jest rewelacyjnym rozwiązaniem i stosujemy go ( żeby nie skłamać.... ) od kiedy Basia pojawiła się na świecie. Dzieci lubią rytuały, czują się wtedy bezpiecznie i pewnie. 


Powyższe przykłady są zaznaczam tymi, które najbardziej działają na nasze dziecko. Myślę, że każda z nas ma swoje pomysły i ulubione metody na zajęcie własnego dziecka na dobre kilka minut.  Choć niektórych z nich używam bardzo rzadko, to jednak nie ukrywam tego, że są takie dni, że po prostu muszę ich użyć, bo nic innego na naszego bobasa nie działa, a matka musi coś zrobić tu i teraz, a nie ma ku temu warunków. 
Dla mnie jednak najważniejszy jest punkt szósty, który to naszej rodzinie chyba najbardziej ułatwia życie. Polecam każdej matce zastosowanie go w swojej rodzinie.

Jeśli macie ochotę - podzielcie się ze mną Waszymi sposobami na malucha, które pozwalają Wam zyskać kilka minut dla siebie.  Może i mi uda się je wykorzystać i wypróbować na Basi... :)




A tymczasem - wiosenne, słoneczne tarasowanie. 
Oj marzy nam się co by się ta pogoda już utrzymała, choć prognozy na to nie wskazują. 
Niemniej jednak - cieszymy się tym co mamy :)








Pozdrawiam ciepło.
Góralska mama.

piątek, 13 marca 2015

MAMA W KUCHNI.


Mam taki zwyczaj, że jeśli znajdę jakiś fajny i ciekawy przepis w internecie, to kopiuje go do worda i zapisuje na dysku. I owy przepis tak sobie leży i leży i zazwyczaj zwyczajnie o nim zapomnę. 
Robiłam jednak małe porządki na dysku i znalazłam świetny przepis na śniadanko dla córy.
Szybko sprawdziłam czy wszystkie składniki mam w domu, a gdy stwierdziłam, że wszystko jest - od razy przeszłam do działania. 


Poniżej przedstawię Wam przepis na placuszki z kaszy manny. 
Są one świetne ! 
Basia - jak to Basia - zaczęła konsumpcję od owoców, ale gdy tylko owoce się skończyły i przeszła do placków, to była nimi zachwycona. Wszystkie zjadła ze smakiem :) 
Porcja wyszła na śniadanie dla mnie i dla niej. 



POMARAŃCZOWE PLACKI Z MANNY

  • Kasza manna - pół filiżanki. 
  • Pomarańcza - jedna, duża, soczysta.
  • Masło klarowane - łyżeczka.
  • Jajko przepiórcze - ja dałam połowę zwykłego kurzego.
  • Cynamon.

1. Wycisnąć sok z pomarańczy. 
2. Kaszę zalać sokiem wraz z miąższem. Odstawić na pół godziny.
3. Po tym czasie dodać do kaszy jajo, masło i doprawić do smaku cynamonem ( ja dałam dość dużo). Mieszamy dokładnie. 
4. Smażymy na patelni - najlepiej bez dodatku tłuszczu. 
5. Podajemy z cząstkami pomarańczy  ( u nas cząstki pomelo, bo Basia go uwielbia, a więcej pomarańczy nie miałam, ale według mnie - możecie dodać jakie tylko owoce chcecie ).

SMACZNEGO !








Góralska mama.