środa, 29 kwietnia 2015

DZIEJE SIĘ, DZIEJE.


Za nami kilka wspaniałych dni... 
W niedzielę zdałam ostatni egzamin na czwóreczkę i takim oto sposobem zakończyłam tegoroczną edukację. Tak jak pisałam - przede mną jeszcze tylko naniesienie kosmetycznych poprawek na pracę licencjacką, oddanie jej do antyplagiatu i pod koniec czerwca obronienie się. Strasznie się cieszę, że będę miała teraz znacznie więcej czasu dla Basi - bardzo mi tego w ostatnim czasie brakowało. Teraz będziemy nadrabiać zaległości !

W niedziele też przyjechała do mnie przyjaciółka. Wreszcie ! Po 3 latach się w końcu do mnie wybrała, bo ciągle było jej nie po drodze. Wreszcie miałyśmy czas na wspominanie, na wygadanie się, spacerowanie itd. Jak już wspominałam w poprzednim poście - Paulinka przyjechała też towarzyszyć mi przy robieniu tatuażu. Z racji tego, że robiłam go w Zakopanym, to miałyśmy też chwilkę na szybki spacer po Krupówkach i pyszny pierożkowy obiad w jednej z regionalnych knajp. 
Gdy odwiozłam wczoraj Paulinę na przystanek autobusowy, to aż mi się przykro zrobiło, bo znów zostanę tutaj sama... Rzadko kto mnie tu odwiedza, gdyż moja rodzinna miejscowość jest daleko stąd, a co za tym idzie - i znajomi są daleko... Przykre jest to niesłychanie, ale jakoś trzeba sobie radzić. 

Humor mojej córeczki w ostatnich dniach uległ znacznej poprawie. W minioną sobotę przebiła się lewa górna trójeczka, więc zostały jeszcze tylko trzy. W sumie akurat w przypadku Basu, to najgorsze jest przebicie się zębola, bo później idzie już z górki. 
Niestety najprawdopodobniej kolejne są już w natarciu, bo wczorajszy wieczór był jednym wielkim koszmarem, wypełnionym po brzegi płaczem, marudzeniem i histeriami. W takich momentach zaczyna mi brakować cierpliwości, lecz wiem, że muszę wziąć się w garść, by z jednej strony nie dać sobie wejść na głowę, a z drugiej, by dać jej tyle miłości i czułości ile tylko potrzebuje. Cały czas powtarzam sobie tylko, że to już niedługo, że wkrótce na pewno humor mojej córeczce wróci. I znów uśmiech nie będzie schodził z jej ślicznej buzi :)

A tymczasem zostawiam Was z kilkoma zdjęciami z ostatnich dni i lecę zrobić jakieś śniadanko. 


A spacerowaliśmy sobie tak :







Mamo, mamo idę w świat !


Zmęczył się skrzacik mały, więc przytulił się do mamusi... 
Uwielbiam te momenty ! 

A tak spaceruje sobie Basia z ciocią. 


"Dobra siostrzyczko - zróbmy sobie NORMALNE zdjęcie !"
Eee... chyba coś nie wyszło ?! 


To chyba też nie bardzo... 

Uf... Chyba się w miarę udało :)


Odmładzająca fryzura :D

A co Wy na to, żebym i ja zrobiła sobie taką fryzurkę jaką ma Paulina ??
 :)

Wycieczka do Zakopca.



Pozdrawiam Was ciepło na ten nowy dzień, bo u nas szaro, buro i ponuro. I coś mi się zdaję, że zaraz lunie deszcz... Czyli zapowiada się kolejny dzień w czterech ścianach z ząbkującym brzdącem. 
Oj życzę sobie, by jednak pogoda była dla nas łaskawa, co byśmy mogły wyjść zaraz z domu i wrócić dopiero wieczorem :) 

Miłego dnia kochani !
Góralska mama. 


BO TRZEBA SPEŁNIAĆ SWOJE MARZENIA.


Od kiedy pamiętam - miałam jedno marzenie... 
Jeśli dobrze kojarzę - to chęć posiadania tego czegoś zrodziła się już w czasach gimnazjum, kiedy to człowiek był jeszcze młody i głupi. Był już nawet pomysł na to coś ze ściśle określonymi szczegółami. Zawsze jednak brakowało odwagi i człowiek jakiś taki jednak niepewny był. 
I tak leciały te lata, aż do czasu, kiedy to zaszłam w ciążę, a moje ciało mówiąc bardzo delikatnie - zniszczyło się.... Wtedy chęć posiadania tego czegoś - całkowicie zanikła...

Jednak kilka miesięcy temu marzenie powróciło ze zdwojoną siłą. Lecz moje wyobrażenie na temat tego czegoś zmieniło się diametralnie. Kolosalnie wręcz zmieniły się moje priorytety.... 
Jeśli się jeszcze nie domyślacie, to zdradzę Wam - zawsze marzyłam o tatuażu i co najważniejsze właśnie moje marzenie się spełniło !! 

Z okazji zdania na studiach wszystkich egzaminów i z okazji zbliżających się moich 22 już urodzin - postanowiłam spełnić swoje marzenie i umówiłam się na jego wykonanie. Postanowiłam zrobić coś tylko i wyłącznie dla siebie. Chciałam przez chwilę być egoistyczna i postawić tylko siebie i swoje marzenia w centrum. Nie myśleć o nikim innym - tylko o sobie. Choć na moment. Bo życie mamy tylko jedno i musimy z niego czerpać tyle, ile tylko się da, bo kruche jest ono niemiłosiernie. 

No ale do rzeczy ! 
Wczoraj wybrałam się z przyjaciółką do Zakopanego do salonu tatuażu. Wybór na akurat ten salon padł, ponieważ miałam okazję zobaczyć na żywo świeżo wykonane dzieło, przez dziewczynę właśnie w nim pracującą i byłam zachwycona. Kilka minut później umówiona byłam na tatuaż. 
I tak oto jestem szczęśliwą posiadaczką cudownego dzieła !

Jak wspominałam - początkowo jego wizja była zupełnie inna - miał to być tygrys, wdrapujący się do góry - gdzieś na wysokości lędźwi. Jednak po ciąży wizja zmieniła się i tak oto powstał na moich plecach symbol nieskończoności, połączony z dwoma wyrazami mającymi dla mnie ogromne znaczenie : love i family. Całość wykończona jest piórkiem i ptaszkami. Tatuaż jest kolorowy i bardzo radosny. Znajduje się na wysokości lewej łopatki. 
Ma być dla mnie swego rodzaju kopem do działania. Ma przypominać mi w chwilach słabości o tym, co jest dla mnie w życiu najważniejsze...
Pytanie za sto punktów - czy bolało ? 
Jak cholera ! Ale od początku mówiłam, że poród przeżyłam, to i z tym sobie poradzę :) Zdjęć z powykrzywianą od bólu gębusią Wam nie pokazuje, ale kilka zdjęć w trakcie i po - zobaczycie poniżej.

Jeśli ktoś tak jak i ja - chciałby kiedyś zrobić sobie dziarę i szuka kogoś kto zrobi to wręcz perfekcyjnie, to polecam Becię z salonu TatraInk z Zakopanego. Dziewczyna jest rewelacyjną osobą - szalona, zakręcona i co najważniejsze - perfekcjonistka w swoim fachu, a to się ceni.

No i co - przechodzimy do sedna - oto moje cacko :) 


Projekt z kalki.
 

W trakcie pracy.
 



 
Efekt końcowy. 
Mocno napuchnięty, mocno zaczerwieniony i mocno obolały - ale jest !
 




A no i podziękowania dla Paulinki - co prawda nie trzymałaś mnie za rękę, a zamiast dopingować, to się troszeczkę ze mnie śmiałaś, to i tak cieszę się mega, że byłaś tam ze mną <3 
Pewnie niedługo pojedziemy tam znów - tylko tym razem to ja będę miała ubaw :*

czwartek, 23 kwietnia 2015

NA WYSOKICH OBROTACH.



Rany, strasznie Was przepraszam za moją chwilową nieobecność, ale miałam ostatnimi czasy niezły sajgon, który bądź co bądź trwa dalej, ale myślę, że wszystko zmierza już ku lepszemu. 
Strasznie się dużo dzieje, dużo spraw mnie przytłacza, a do tego moje zdrówko kuleje... Nawet nie mam kiedy odpisać na maile albo smsy, a to już jest straszne. 

Bycie mamą w ostatnim czasie to hardcore. SERIO. Najgorsze jest to, że nie mogę poświęcić jej tyle czasu ile bym chciała, bo studia, bo nauka, bo lekarz, bo egzaminy, bo jeszcze przecież trzeba zrobić obiad i ogarnąć jakoś naszą przestrzeń życiową. Mam nadzieję, że Basia jakoś w znaczny sposób nie odczuwa te mojej nieobecności, bo staram się jak mogę, aby jednak w głównej mierze być tylko dla niej... Zwłaszcza, że bunt trwa w najlepsze w połączeniu z próbującymi się przebić trójkami. 
Ale będzie już tylko lepiej - na pewno !

Jeśli chodzi o studia, to straszny młyn miałam w ostatnim czasie. Koniec licencjata, to strasznie dużo rzeczy do ogarnięcia, ale to wszystko wina kiepskiej organizacji naszej grupy, bo zamiast rozłożyć egzaminy na dwa miesiące, to teraz są co tydzień. W niedzielę udało się zdać taki, którego bałam się niemiłosiernie, ale jak to mówią - głupi to jednak ma w życiu szczęście. 
W weekend czeka mnie jeszcze jeden egzamin, ale przed tym chyba się już tak nie stresuj, mimo iż jeszcze nawet notatek nie otworzyłam. Właśnie odbywam praktyki w przedszkolu w grupie trzylatków i jeśli wszystko dobrze pójdzie, to w najbliższy poniedziałek zakończy się ten rok studiów. Potem trzeba będzie tylko dopieścić pracę licencjacką, nanieść drobne poprawki, przepuścić przez program antyplagiatowy i najprawdopodobniej 22 czerwca czeka mnie obrona. 

A teraz z innej beczki. Pod poprzednim postem zostawiłyście bardzo dużo komentarzy i postanowiłam, że odpowiem Wam tym razem tutaj, ponieważ większości z Was musiałabym napisać to samo. 
I tak - strasznie żałuję, że u nas nie ma takiej mszy specjalnie dla dzieci. W mojej rodzinnej miejscowości jest i cieszy się ogromnym zainteresowaniem i myślę, że i tu na wsi powinni wprowadzić coś takiego. No ale niestety.... 
Ale ! W minioną niedzielę wybraliśmy się do kościoła do sąsiedniej miejscowości na 19, bo wcześniej się nie zebraliśmy. No i postanowiliśmy wziąć ze sobą Baśkę.  Do kościoła weszliśmy kilka minut po rozpoczęciu mszy, bo Basia musiała oczywiście przejść przez cały parking sama. Ja trzymałam ją za jedną rączkę, a Tomek za drugą i chyba wzbudziło to niemałe zainteresowanie. Weszliśmy, usiedliśmy sobie na ławce pod ścianą, a Basia ruszyła do akcji. Najpierw szybkie rozeznanie najbliższego otoczenia  - czyli radosne śmiechy do dziewczynki siedzącej obok. Ale, że ta pozostała niewzruszona, to Baśka postanowiła wybrać się na spacer. ( Chyba wykrakałam sobie to chodzenie po pod ołtarz... ) Złapałam ją dopiero na drugim końcu kościoła i usiadłyśmy w pierwszej ławce. Na moment posiedziała spokojnie, ale nie trwało to dłużej jak 10 minut.  No to poszłyśmy na tył kościoła, a akurat trwało kazanie. I w pewnym momencie ksiądz mówi : " Mamy tutaj właśnie przykład mamy, która przyprowadziła dziecko do kościoła.... ( pomyślałam - no to ładnie nas zjedzie )....., bo chce nauczyć je wiary". W tym momencie oczy połowy ludzi powędrowały w naszą stronę.. 
Rany pierwszy raz poczułam, że jesteśmy w kościele mile widziani, mimo tego iż Baśka latała po kościele i co jakiś czas wydawała okrzyki radości ! Ludzie uśmiechali się do niej i nie zanotowałam ani jednego oburzenia z powodu naszej obecności. Kurcze no - wzruszyłam się ! 
Najchętniej chodziłabym już tylko tam :)

Na dziś to tyle, bo muszę pisać scenariusze zajęć na praktyki. Trzymajcie kciuki moi kochani za to, aby do końca tego tygodnia jakoś dotrwała i zdała ten ostatni egzamin. 
Bądźcie cierpliwi i wyrozumiali - w przyszłym tygodniu wracamy do blogowania pełną para

Dziś bez zdjęć, bo pisze na telefonie. To też nadrobie wkrótce :-)

Ściskam Was mocno. 
Goralska mama

środa, 15 kwietnia 2015

DZIECKO BOŻE.


Jestem katoliczką. Wierzącą , choć może nie zawsze praktykującą.
W przeciwieństwie do mojego męża,  który niedzielnej mszy nie odpuści - mi jednak od czasu do czasu się to zdarzy. (Tak to jest jak w wieku nastu lat spotka się na swojej drodze nieodpowiedniego księdza, który zamiast zachęcić do uczestnictwa w mszach czy w wspólnotach parafialnych - robi wszystko, by jednak to życie religijne obrzydzić ). Ale ja dziś nie o tym. Bo przecież to blog o mojej córeczce, a nie o moich religijnych poglądach.

Chodzimy z mężem do kościoła- to fakt.
Gdy tylko na polu nie jest bardzo zimno, deszczyk nie pada, ani śnieg nie sypie, to do kościoła zabieramy ze sobą Basie- to też fakt.
Basia zaczęła sprawnie i szybko przebierać nóżkami.
Więc czy w dalszym ciągu chcemy ją zabierać na niedzielną czy świąteczną mszę?

Od kiedy pamiętam - bawił mnie widok dziecka podążającego w stronę ołtarza,  bo zwykle za nim maszerował zawstydzony rodzic (z wypiekami na twarzy i ze spuszczona głową jak gdyby wstyd mu było za własne dziecko).
Umówmy się zatem, że nie każde dziecko praktykujących rodziców to aniołek. Lecz każde jednak dziecko ma prawo do poznawania świata.  
I tak oto pojawiają się z ambony dwa różne upomnienia dla rodziców, jeśli taki nasz nieposłuszny i ciekawy świata bobas wyleci ni stąd ni zowąd na ołtarz.
Pierwsza opcja niestety w bardzo dużej mierze bierze górę. Pojawia się nader często (czyt. praktycznie zawsze). Ksiądz jest wtedy zdenerwowany całą sytuacją, z nerwów często zaczyna rozglądać dookoła, jąkać się czy gubić w tym co ma do powiedzenia. Często przerywa mszę i mniej lub bardziej spokojnie prosi rodziców o zabranie dziecka z ołtarza, bo zakłóca ono przebieg mszy. 

Dość rzadko niestety pojawia się druga opcja tej sytuacji. Ksiądz jest wtedy uśmiechnięty i zadowolony, że ludzie przychodzą do kościoła z całymi rodzinami. Nie robi sobie nic z tego, że w jego najbliższej okolicy pojawiło się dziecko, a wręcz nabiera nowego zapału i chęci do odprawienia mszy. Pamiętam jak byłam jeszcze dzieckiem, które śpiewało w scholi i uczęszczało na oazę, to pewne dziecko wleciało na ołtarz podczas niedzielnej mszy  i stanęło obok księdza. Dziecka nie było widać zza ambony, bo było jeszcze bardzo małe. Ksiądz przerwał wtedy kazanie i powiedział takie piękne i mądre słowa, które utkwiły mi w pamięci. 
"Jezus powiedział - pozwólcie dzieciom przychodzić do mnie - tak i ja cieszę się, że dzieci są tu, chcą służyć do mszy i śpiewać w scholi. Dla mnie to dodatkowy sukces, że wolą one przychodzić do kościoła niż siedzieć przed komputerem. " 
Dopowiedział jeszcze kilka innych słów, ale te były jednak najważniejsze. 
Do końca mszy mały bobas chodził przy ołtarzu, a msza i tak nie była zakłócona. 

Nie rozumiem więc podejścia pierwszego, gdy to rodzice krytykowani są za to, że nie potrafią upilnować dziecka, że wręcz ma się wrażenie, że nie powinno się do kościoła dziecka zabierać, że jest ono tam bardzo niemile widziane. 
Ja oczywiście nie mówię o skrajnych sytuacjach, kiedy to dziecko drze się wniebogłosy, przewraca wszystko itp. Mówię o sytuacjach, kiedy to dziecko spaceruje sobie tylko w okolicy ołtarza, przygląda się, jest spokojne i bardzo zaciekawione.  

Nasza Basia do tej pory była całkiem grzeczna podczas mszy. Często spała lub po prostu siedziała w wózku i się bawiła. Z czasem jednak zaczęło jej to nie wystarczać. Musieliśmy troszkę chodzić z nią po kościele i pokazywać jej różne rzeczy. Potem Basia zaczęła chodzić i teraz przetrzymanie mszy to niezłe wyzwanie jest. 
Przyjęliśmy z mężem teraz taką taktykę, że na początku Basia siedzi sobie w wózku. Jeśli zaczyna marudzić, to dostaje jakiegoś wafelka, potem jeśli znów jest nie za dobrze, to Basia wychodzi z wózka i troszkę chodzi. A gdy to już nie pomaga i zaczyna się jakieś kosmiczne marudzenie, to po prostu biorę ją i wychodzimy. 
Taka taktyka jest dobra, bo nie trzymamy jej na siłę, nie denerwuje się, że nie może robić tego czy tamtego, a i nie uprzykrzamy innym uczestnikom modlitwy. 

I na koniec dodam tylko, że jest mi bardzo przykro, że dzieci są tak niemile widziane w kościele. Wystarczy, że Basia chuć raz krzyknie, a zawsze znajdzie się jakaś brzydko patrząca starsza pani - jakby chciała powiedzieć - idźcie stąd ! 

Cóż - taka mentalność.
A my i tak będziemy zabierać ze sobą Baśkę :)





Basiowe minkowe misz masz :)






A Wy - zabieracie swoje dzieci do kościoła ?


Góralska mama.

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

MAŁY HURAGAN.


Moja mała córeczka jest już tak bardzo samodzielna. 
Pamiętam jak kilka miesięcy temu korzystała z placu zabaw tylko i wyłącznie z huśtawki. I była tym wtedy zachwycona. Ja wtedy siedziałam przy niej i bujałam ją przez długi, długi czas, a ona uśmiechała się radośnie i ani jej się śniło, aby opuszczać tak przyjemną miejscówkę. 

Teraz nasze wypady na plac zabaw wyglądają zupełnie inaczej. Baśka biega wszędzie jak szalona. A to huśtawka, a to konik, a to zjeżdżalnia. Wszystko by chciała i to na raz ! Nie dla niej monotonne siedzenie na huśtawce. 

- Rany mamo ! Przecież jest tu tyle fajnych rzeczy, które muszę dokładnie zbadać ! Pa mamo - muszę lecieć ! 

Myślę, że dokładnie takie zdania kłębią się w myślach mojej córci, która przemierza biegusiem odległość między zjeżdżalnią, a piaskownicą. Pędzi niczym huragan, niczym halny. Czasami rzuci tylko pod nosem radosne "hop-pa" i leci dalej. Nikt ani nic jej nie zatrzyma, póki nie obejrzy dokładnie wszystkiego co możliwe. 

Po pewnym czasie - przyleci jednak do mnie i wtuli się w ramiona. To znak, że czas wracać do domu. I maszerujemy tak sobie w stronę domu, trzymając się za rączkę. To magiczna chwila.... 

Mam córkę. 
Samodzielną córkę, która tak bardzo pragnie odkrywać świat. 
- Pędź córeczko, mama jest przy Tobie ! 














PEŁNA MOBILIZACJA.

Wiosno. 
Wiosno, to takie cudowne, że wreszcie u nas zagościłaś !
Brakowało mi Cię okropnie ! 
Ale jesteś, nareszcie jesteś i już się nigdzie nie wybieraj. 

Taki czas to ja uwielbiam. Ciepło, słonecznie, radośnie. Wszystko budzi się do życia. Na drzewach pojawiają się pierwsze pąki, trawa zaczyna się powoli zielenić, bociany powróciły do swoich gniazd, a inne ptaki umilają nam poranki swoim wesołym śpiewem. 
Budzimy się skoro świt z uśmiechem na ustach i od razu wiemy co będziemy robić danego dnia. Czy spacer, czy plac zabaw, czy zabawy na tarasie, a może jednak błogie lenistwo w domowym zaciszu ? Byle by słońce wpadało do mieszkania przez okna i byle by świeże powietrze się do niego dostawało. Więcej do szczęścia mi nie potrzeba. 

Nie lubię, gdy mi się nie chce. 
Lubię mieć motywację i chęci do działania. Lubie wiedzieć czego chcę i lubię to realizować. Żadnej nudy, żadnego stresu. Alleluja i do przodu ! 
Lubię zapewniać mojej córce rozrywkę. Lubię, gdy jest szczęśliwa. Lubię jej uśmiech. Ba ! Ja go uwielbiam i za ten uśmiech oddałabym wszystko co mam. 

Ostatnimi czasy jednak tego uśmiechu jest znacznie mniej. Ubolewam nad tym niemiłosiernie ale wierzę, że wkrótce te cholerne trójki wreszcie się przebiją i moja córcia znów będzie nieziemsko radosna. Teraz jednak mam jeszcze trudniejsze zadanie, gdyż zatroszczenie się o uśmiech tak marudnego dziecka jest nie lada wyczynem. 

Miniony weekend był cudowny. Basia była wyjątkowo radosna, a marudziła mało. W sobotę zabrałam ją na basen, gdzie wyszalałyśmy się obie. Śmiechu było co niemiara, a łapanie bąbelków w jacuzzi to taka frajda ! Potem były spacery i zabawy z dziadkami, którzy akurat przyjechali nas odwiedzić.
Gdy Basia została z dziadkami i zajeta była tylko nimi, to rodzice postanowili troszkę się odstresować i wybrali się na wycieczkę quadem do lasu. O rany jak mi tego brakowało ! Prawie dwie godzinny beztroskiego i radosnego świrowania. Błoto, śnieg, potoki, kałuże, bagna - istna frajda. I tak oto Basia była wniebowzięta, bo jej się towarzystwo zmieniło, a rodzice szczęśliwi, bo mogli pobyć tylko we dwoje i wyszaleć się do granic możliwości. 
Niedziela natomiast to czas iście rodzinny. Przytulasy, spacery i wspólne spędzanie czasu, to to co działa na nas kojąco. Ten czas w naszej rodzinie po prostu jest konieczny, gdyż pomaga nam zacieśniać nasze relacje i pozwala budować ciepłą rodzinną atmosferę. 

A dzisiaj ? 
Może spacer, może rowerek, może plac zabaw - jest tyle możliwości ! 
Wszystko, aby na jej twarzy pojawił się uśmiech !



Z basenu tylko jedno zdjęcie, bo matka ocknęła się, że ma aparat dopiero po ubraniu się :) 
Brawo matka !


 Po basenie - małe szaleństwo, by zmęczyć tego bąbla jeszcze bardziej. 




 A w niedzielę - matczyne selfie :)


I poobiedni spacerek.
Przy cieplutkich wiosennych promieniach słonecznych.





I na koniec - zmęczona Bunia.
Już się jej nawet po całym weekendzie biegać po domu nie chciało :)



Góralska mama.

piątek, 10 kwietnia 2015

KTOŚ, KTO GOŚCIŁ BĘDZIE JUŻ ZAWSZE W NASZYM SERCU.


Kim dla Was jest przyjaciel ? 
Co daje Wam posiadanie przyjaciela ?
Czy macie kogoś, kogo bez wahania nazwiecie przyjacielem ?

W moim życiu przewijały się różne znajomości. Jedne trwały bardzo długo, a inne urywały się dość szybko. Często spowodowane to było różnicą charakterów czy odmiennością zdań. 

Dane mi jednak było mieć w swoim życiu przyjaciół. Takich kurcze prawdziwych przyjaciół. I wiecie... Niemiłosiernie ubolewam nad tym, że pewne przyjaźnie tak po prostu rozsypały się jak domek z kart.... 
Były to osoby niezwykle dla mnie ważne. Takie, którym bezgranicznie ufałam. Takie, które znały każdy mój sekret i bez wahania powierzałam im swoje kolejne tajemnice. Takie, które zawsze wyciągały do mnie pomocną dłoń i którym odwdzięczałam się tym samym - jak tylko potrafiłam. Takie, które zawsze mogły na mnie liczyć.

Co jednak przeważyło nad tym, że przyjaźń tak po prostu upadła ?
Czy mogę powiedzieć, że skoro upadła - to znaczy, że nigdy nie istniała ?
A skąd !

Czasami w naszym życiu zdarzają się takie sytuacje, które zmieniają nas. Zmieniają nasze życie, zmieniają nasze nastawienie do pewnych spraw. Wtedy często zaczynamy zauważać, że te jakże bliskie nam dotąd osoby - po prostu przestają nas rozumieć. Pojawiają się sprzeczki, niedomówienia, pretensje.  Zaczynamy unikać swojego kontaktu, bo zupełnie nie mamy o czym rozmawiać. I jak gdyby nigdy nic - nasze drogi rozchodzą się, a wraz z  tym - znika jakaś cząstka nas... 

Bo przecież w pamięci mamy tyle wspólnych chwil, tyle rozmów, tyle smutków i radości. I gdy uświadamiamy sobie, że ta osoba nagle staje nam się zupełnie obca, to dociera do nas jak wiele nas z nią łączyło. I w tym momencie - albo dążymy do tego, aby nasze drogi znów się spotkały, albo porzucamy wszystko w niepamięć zacierając za sobą wszelkie ślady. Jednak, aby przyjaźń udało się odbudować - potrzebne są obopólne chęci.

Z całego serca jednak żałuję tylko jednej przyjaźni. Takiej, która wydawała się, że będzie trwała po wsze czasy. Często byłyśmy nierozłączne. Znałyśmy się na wylot. Tak wiele nas łączyło. A wystarczyło tak niewiele czasu, aby coś nas poróżniło.... 
Ta pustka w sercu i niewyobrażalny żal do samej siebie - często wracają do mnie do tej pory. Dlaczego nie zrobiłam wszystkiego, żeby tą przyjaźń uratować ? Dlaczego tak szybko się poddałam ? Dlaczego tak się stało ? Co zrobiłam nie tak ? 

Są jednak też tacy, którzy są, byli i będą - mam takie dwie osoby. I choć jedna z nich jest mi bliska dość krótki okres czasu, to jednak wiem, że mogę jej bezgranicznie ufać, bo połączyła nas prawdziwa przyjaźń. Z druga osobą z kolei łączy mnie przyjaźń już 15 lat i chyba jeszcze nigdy się nie pokłóciłyśmy. 
Obie jesteście dla mnie wyjątkowe i obie Was kocham z całego serduszka. Dziękuję, że jesteście ! 


Mój panieński - 2012 r. 
Najgorsze chyba jest to, że w sumie znamy się tyle lat, a zdjęć ze sobą mamy praktycznie tylko kilka. Jak to się stało ??



Spotkanie 2015 r. 
A z tą panią to mam wyjątkowo dużo zdjęć, choć znamy się krótko.



Góralska mama.